Dzień Ojca

Dzień Ojca

Nie wiedziałbym, gdyby dzieci nie przypomniały; ojcu nigdy nie składałem życzeń, choć wiedziałem, że na nie czekał, przecież darliśmy koty przez cały rok, to była moja słodka, milcząca zemsta. Nie pamiętam o tej dacie, tym razem Dzień Ojca przypadkiem spędzam u starszego syna, który jest przystojnym, wysportowanym mężczyzną przed trzydziestką, ostatnio mieszka po kawalersku, więc budzi nieustające ożywienie wśród atrakcyjnych sąsiadek, niektóre spać przez niego nie mogą. Poszedł na noc do kolejnej narzeczonej, zostawił mi „wolną chatę”, przed północą wysokopienna blondynka w kusej koszuli zapukała i zaskoczona moim widokiem naprędce zagadała o zapałki, powiedziałem, że sam nie palę, ale może wejść i poszukać, to mieszkanie syna, ona dała znać, że o syna jej chodziło, nie o ogień. Rano syn nie może dociec, która to mogła być, pomimo portretu pamięciowego, który rzetelnie sporządzam; mówi, że mieszka w lesie wysokopiennych blondynek, ot, kawalerska zagwozdka. Widzę, jak rozmawia przez telefon i dostaje chodzonki, przemierza w trakcie rozmowy kawalerkę wzdłuż i wszerz, od czasu do czasu żonglując piłką; niewymownie się dziwi, kiedy mówię, że ma to po mnie.

Siadamy naprzeciw siebie przy laptopach, z podobnym impetem łomoczemy w klawisze, choć w przeciwieństwie do mnie syn nie uczył się pisać na maszynie Łucznik przez kalkę. Niech będzie, że to geny, innymi słowy jedna dusza wędrowna, która się dzieli i zadomawia w przedstawicielach kolejnych pokoleń. Młodszy syn, choć dziadka poznał niewiele przed jego śmiercią, używa określenia „durny”, kiedy mu się coś nie spodoba, mojemu ojcu od połowy życia generalnie nic się nie podobało, więc „durności” nadużywał, przyprawiał nią sowicie każde zdanie.

Z ojcem nie miałem lekko, żadna to tajemnica, brał dość nieostrożny udział w moim dojrzewaniu, wiele mu miałem za złe, póki nie zniknął na dobre, niby wszystko burzył, a i tak mnie zbudował. Na przykład jako taternika. Jeśli myślę o górach jako o żywym organizmie, nie chodzę

po nich, lecz delikatnie stąpam, to przez niego – ojciec starał się wpoić mi przekonanie o grozie Tatr, zanim mnie pierwszy raz zabrał w góry, podsunął „Tragedie tatrzańskie” Wawrzyńca Żuławskiego, żebym się najadł strachu, jeszcze nim postawię pierwszy kok w chmurach. Ojciec był wychowywany przez opresyjną matkę w poczuciu, że nie istnieją bezkarne przyjemności, dlatego z duszą na ramieniu chodził po górach, czekając na karę, a może to właśnie lektura Żuławskiego sprawiła, że wycieczki bez historii, niezwieńczone tragiczną puentą, wydawały mu się czymś niezwykłym; no tak, z „Tragedii…” można wywnioskować, że w góry chodzi się po to, żeby ginąć. Wszelako miłość do gór ojcu zawdzięczam, choć tylko przez kilka lat dotrzymywał mi kroku, potem wszystko, co przestało być dla niego w życiu dostępne, obejmował resentymentem, góry też stały się „durne”. Kiedy pojawiły się komórki i zacząłem rytualnie do niego dzwonić z kolejnych szczytów, których nazwy wypowiadał z górobojną czcią, przez jego gratulacje przebijał się rodzaj zażenowania, że te święte a niepojęte dla niego szczyty traktowałem z buta, no jak to tak, zamiast podziwiać ich majestat, zuchwale je odzierałem z godności. Strachy górskie zostały u mnie właściwie tylko dwa: niedźwiedź i burza, dobrze ułożone leki wyrównały emocje i lęk nie jest już fobią, czyli stałym strachem przed możliwością burzy i potencjalnym spotkaniem misiołaka, lecz pojawia się jako zdrowa reakcja na złowrogie sygnały. Kiedy widzę na grani, że niebo gwałtownie sinieje od chmur i słychać pierwsze pomruki na horyzoncie, albo gdy trafiam na świeże odchody niedźwiedzie, błądząc w łanach kosówki, owszem, wtedy zaczynam się bać. (Świeża kupa w chłodne dni jeszcze paruje, w upale ucztuje na niej rój much – proszę państwa, oto miś, gdzieś tu jest i na pewno nas obserwuje, a przynajmniej zwąchał nasze siódme poty).

W Tatry zawsze biorę tatrzańskie lektury, żeby w czasie załamań pogody, kiedy nie można się wspinać, choć poczytać o wspinaczce. Tym razem zabrałem ze sobą „Kamienny sufit” Anny Król, feministyczną historię taternictwa, kronikę prekursorskich dokonań „taterniczek, marzycielek, zuchwałych bab”, jak je określa sama autorka. Ania idzie po ich tropach… o, źle trafiłem w klawisz i napisało mi się „po trupach”, niezupełnie od rzeczy, bo jej bohaterki w wielu przypadkach właśnie w Tatrach kończyły swoje krótkie życia, jak siostry Skotnicówny na Zamarłej Turni czy Jadwiga Honowska i Zofia Krókowska na Ostrym. Kronikarska swada umajona jest osobistymi opisami wypraw śladami wybitnych poprzedniczek, promocji książki towarzyszy efektowna sesja zdjęciowa, w której atrakcyjną kobiecość autorki zestawiono z atrybutami wspinaczkowymi, stroje wieczorowe z liną, uprzężą i czekanem. Dobra, wreszcie szczyt, dzwonię. Tato, jestem w Tatrach, zgadnij, gdzie wlazłem. Słyszysz mnie tam?

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 27/2021

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy