Nie z każdym robi się wywiady

Nie z każdym robi się wywiady

Fakt, że piszę felietony do PRZEGLĄDU, niech będzie – a znajdźcie lepszy – dowodem, że zgadzam się z linią pisma, popieram, podpisuję się. Bywają oczywiście momenty, kiedy się nie zgadzam z jakimiś artykułami, coś bym dodał, coś ujął, ale to przeważnie subiektywizmy i duperele. Tym razem stanąłem jednak przed rzeczywistym problemem, na brzegu tej czerwonej linii, za którą jest już nie rozdarcie czy odejście, ale kategoryczny sprzeciw. Oto w numerze 17. (20-26.04) zamieszcza redakcja wywiad Pawła Dybicza z Andrzejem Milczanowskim. Ach, jakiż sympatyczny, obiektywny i liberalny ów Milczanowski. Zgadza się, że wprowadzenie stanu wojennego w 1981 r. było nieuniknione, dodaje: „Mam krytyczny stosunek do działań pionu prokuratorskiego IPN, jak i do wyroków sądów skazujących autorów stanu wojennego i jego wykonawców”. Rzetelność i uczciwość, sam cymes. W notce biograficznej wprowadzającej do wywiadu czytamy: „Podał się do dymisji po wyborze Aleksandra Kwaśniewskiego na prezydenta. Dzień przed złożeniem rezygnacji poinformował Sejm o podejrzeniu o współpracę premiera Józefa Oleksego z obcymi służbami specjalnymi, co dało początek tzw. aferze Olina”.

Otóż nie tak było. Ze względów politycznych, bez żadnych racjonalnych dowodów, oskarżył Milczanowski (a nie „poinformował o podejrzeniu”) urzędującego premiera Rzeczypospolitej o szpiegostwo i zdradę. Czy można bezpodstawnie pomówić Polaka o coś gorszego? Tego samego dnia, gdy dowiedziałem się o tym, wsiadłem w samolot, żeby w Warszawie zrobić wywiad z Oleksym i pozwolić telewidzom wysłuchać wersji drugiej strony. Pomógł mi Krzysztof Kownas. Bułgarski niezależny producent Bożydar Sławow (poniżam się do przywołania narodowości, żeby nie powiedziano, że Ruski, co ma u nas od razu wiadome konotacje) opłacił ekipę. Był to jeden z najbardziej przejmujących dni w moim życiu. Rozmawiałem z facetem głęboko skrzywdzonym, ale pełnym godności i poczucia absolutnej niewinności. Kiedy następnego dnia zawieźliśmy kasetę na Woronicza, usłyszałem: „To wszystko w porządku, ale wicie, rozumicie, tutaj z jednej strony Milczanowski, który podobno sypiał na styropianie, z drugiej ekskomuch. To niewygodna sytuacja… Nie, tego wywiadu nie puścimy”. Rozpaczliwie zezłoszczony pytałem: „To przecież jest telewizja, a nie Ministerstwo Prawdy z wizji Orwella?”. Odpowiedziano mi dokładnie (cytuję sylaba za sylabą): „Niech pan nie będzie taki mądry, Milczanowski ma swoje znajomości…”. Oczywiście płaskie tchórzostwo telewizyjnych urzędników przypuszczalnie nie obciąża bezpośrednio Milczanowskiego. Do dzisiaj jednak prokuratura w „państwie prawa” zrezygnowała dziwnie ze ścigania potwarcy za pomówienie, nie usłyszałem słowa przeprosin i pokajania się z jego strony. Tymczasem wydawałoby się, że jest za co. Za opluskwienie i znieważenie uczciwego (co śledztwa wykazały ponad wszelką wątpliwość) człowieka i męża stanu, więcej: za podważenie w oczach opinii międzynarodowej majestatu Rzeczypospolitej zarządzanej rzekomo przez agentów.

W wielu wywiadach Andrzej Milczanowski mieni się „państwowcem”, co ma zapewne oznaczać, że interes państwa przenosi ponad wszystko. Tylko jaki interes i jakiego państwa? W jednej z wypowiedzi oświadczył Milczanowski, że jego literackim wzorem jest gen. Stanisław Barcz, tytułowy bohater książki Juliusza Kadena-Bandrowskiego (1923). Dosyć niebezpieczne to odwołanie. Powieściowy Generał Barcz, zwany „żelazną ręką”, był w imię patriotyzmu (takiego, jakim mu on się widział) despotą i tyranem. W imię abstrakcyjnych idei doprowadza żonę do samobójstwa i dla władzy poświęca wszelkie zasady życia rodzinnego i społecznego. Albo Milczanowski narracji Kadena-Bandrowskiego nie zrozumiał, albo przeczytał ją na najniższym, prostackim poziomie. W obu przypadkach mamy do czynienia z tym samym przekonaniem, że można znieważać i knuć spiski z kryształowych kul, jeżeli pasuje to do naszych interesów.

Jest dla mnie wielkim problemem, że ktoś, kto nie spłacił długu za swoje oszczerstwa, za krzywdę, którą wyrządził krajowi, może się jeszcze wypowiadać na łamach PRZEGLĄDU. I kusić nas, i przekonywać, i cudownie komponować słówka. Nie, gdzieś i kiedyś kończy się moja tolerancja. Przy następnym wywiadzie ze słodkim i słusznym Andrzejem Milczanowskim zamykam drzwi. Jak mówi dziecięce powiedzonko, biorę swoje zabawki i idę na swoje podwórko. Bo na razie z panem Milczanowskim mi nie po drodze. Gdyby chociaż wyjaśnił, co go skłoniło do kłamstw i oszczerstwa… Ale takie pytanie w wywiadzie nie pada. I bardzo tego żałuję.

Wydanie: 19/2015

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy