Porównania

Porównania

Juan Domingo Peron i jego żona Evita zrobili na Argentyńczykach tak silne wrażenie, że od tamtej pory peronizm stał się nieprzekraczalnym horyzontem argentyńskiej polityki.
Jest tam miejsce dla lewicy i prawicy, dla liberałów i socjalistów, dla konserwatystów i rewolucjonistów pod jednym wszelako warunkiem, że wszystkie te odmienności będą peronistowskie. Bywało, że peronistowskie szwadrony śmierci zwalczały peronistowską partyzantkę miejską. Jeżeli pojawiają się tam ruchy odnowy, a pojawiają się ciągle, to prawie zawsze pod hasłem peronizmu, neoperonizmu lub powrotu do źródeł – autentycznego peronizmu. Jesteśmy więc w Argentynie jak w domu. Nie ma tam politycznego zbawienia poza peronizmem jak w Polsce poza „Solidarnością”. Bliźniacy tam jeszcze się nie przyjęli jako najwyższa władza, tam lubią rządzić małżonkowie, na wzór Juana i Evity. Obecnie znowu małżeństwo obsiadło urząd prezydencki – on kończy kadencję, ona zaczyna – i oczywiście reprezentują peronizm.
W Polsce rządzą i będą rządzić partia Kościoła toruńskiego na zmianę lub razem z partią Kościoła łagiewnickiego, solidarni na zmianę lub razem z liberalnymi, i w ogóle będzie można sobie wybrać dowolny kolor, pod warunkiem że będzie to kolor czarny. „Solidarność” otoczyła żyjące pokolenia kredowym kołem narodowej religii z jej własnymi kultami, rytuałami, autorytetami, cierpiętnictwem i watykaństwem. Macie w tym posłusznie tkwić, a wewnątrz wolno wam się bawić w lewicę i prawicę.

Są rzeczy doskwierające, choć małe, z tego powodu trudne do opisania i objaśnienia. Dlatego pozwalamy sobie czasem na tak zwane heurystyczne analogie z rzeczami dużo większymi albo dużo gorszymi, co zaraz zrobię. Obie partie posolidarnościowe w kampanii wyborczej wyłaziły ze skóry, żeby powiększyć liczbę zwolenników i przyciągnąć ich głosy na swoją stronę, ale jakoś nie chwaliły się przed wyborami tym, co uważały za swoje największe dokonania, jak rozwiązanie Wojskowych Służb Informacyjnych, daną narodowi obietnicę deubekizacji, Romaszewskie odbieranie rent i emerytur oprawcom totalitarnego reżymu i wdowom po nich oraz podobnymi „wartościami”. Wielkim, chyba największym ideałem obu partii – PiS i PO – była przez kilka lat lustracja, i odniosły one obie spore sukcesy w jego urzeczywistnianiu. Żadna z nich jednakże nie chwaliła się rzeczywistym i rzadko w nowszej historii spotykanym sukcesem, jakim było obalenie w dniu intronizacji nominowanego przez papieża arcybiskupa warszawskiego Wielgusa. Obie te partie do tego się przyczyniły swoją polityką wyzwalania przez Prawdę. Wszystkie ich media trąbiły, że jest to wielki akt uzdrowienia Polski, oczyszczenia Kościoła i krok we właściwym kierunku zbiorowego zbawienia narodu polskiego. (Nic nie przesadzam, do każdego zdania mam podkładkę z prasy katolickiej). Nie chcą się tym chwalić, więc trzeba im ten sukces stale przypominać.
Obie partie za pomocą swoich samorządów, swojej prasy, a zwłaszcza swojego IPN prowadziły akcję dekomunizacji nazw ulic i placów, pomników i tablic pamiątkowych. Nie przedstawiły jednak wyborcom imponującego spisu osiągnięć w tym zakresie. Dlaczego? Czy mamy wierzyć, że w natłoku kłopotów zapomniały o tym, co dla nich najważniejsze? Nie wydaje mi się, żeby porzuciły te szczytne ideały. Jeżeli nie pojawią się jakieś obiektywne przeszkody losowe, wrócą do nich z całym zaangażowaniem swoich serc i umysłów.
Jeżeli rzeczy z pogranicza błazenady i polityki można porównać do polityki horroru, porównać, jak wspomniałem, na prawach heurystycznej analogii, to przypomnę, że pewien Hitler, który cały czas głosił, że trzeba prześladować Żydów, przed wyborami tak umiejętnie na ten temat milczał, że nawet wielu Żydów uwierzyło, iż zmądrzał.
Partie solidarnościowe wrócą do swoich promiennych „wartości”, do dekomunizacji nie tylko ulic i deubekizacji nie tylko emerytur. Donald Tusk już zapowiedział powrót do lustracji, ale cały swój pomyślunek wysili, żeby nie przylgnęło do niego odium lustratora. Ma dość rozumu, żeby wiedzieć, co nie przynosi chwały. Urzeczywistnianie całego tego pakietu solidarnościowych ideałów będzie chciał przeprowadzać w cieniu innych wydarzeń, zepchnąć na drugi plan. Zadaniem lewicy parlamentarnej i pozaparlamentarnej jest na to nie pozwolić. To wszystko powinno odbywać się w pełnym świetle, żeby cała Europa to widziała i przestała mieć złudzenia.

Rozliczanie historii bardzo cenne oświetlenie otrzymuje teraz z Hiszpanii. Widzimy, że lewica może to robić z równym bezrozumem jak prawica. Co sprzyja temu obłędowi? (Przypadek niemiecki zostawmy na stronie, bo tam chodziło o czyny z niczym nieporównywalne, a rozliczenie zostało narzucone przez potęgi zewnętrzne). Czy można się doszukać jakiejś ogólnej przyczyny tych rozliczeń? Hiszpania, Polska, Argentyna, Chile – nic tych krajów nie łączy jak katolicyzm. Dla katolików istnieją dwie historie, jedna świecka, druga święta. Wystarczy lekko przesunąć wydarzenie z historii świeckiej, czyli realnej, do historii świętej i ono już zostanie uwiecznione, znajdzie się poza czasem, nie zestarzeje się i nie zdezaktualizuje. Żydzi będą wiecznie krzyżować Chrystusa, Barabasz zawsze będzie uwalniany od kary, Piłat po dziś dzień nie przestanie umywać rąk.

 

Wydanie: 46/2007

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy