Czy nas rozliczą?

Smutne to, ale obawiam się – gdy patrzę z bliska na scenę polityczną – że nasi politycy różnych kolorów pchają kraj na brzeg przepaści, czyli w ręce populistów. Prawica zionie zwierzęcą nienawiścią do lewicy, gdyż jeszcze nie przebolała, nie odreagowała swojej totalnej klęski wyborczej, i jedyne, co ma do zaproponowania, to owo słynne „Nie, bo nie”. Zapluwający się ze wściekłości zbankrutowani gracze odmawiają wszelkiej współpracy w dziedzinie ratowania kraju z bagna, w jakie całkiem niedawno sami go wpakowali, rządząc mało udolnie, lecz bardzo nieuczciwie przez wiele lat. Tą swoją nieudolnością otwierali lewicy nieuchronnie drogę do władzy i ta skorzystała z okazji, jaką było totalne rozżalenie społeczeństwa, które zaufało lewicy, iż ona potrafi odmienić zły los zgotowany krajowi przez prawicę.
Jednakże lewica po dojściu do władzy ujawniła to, co było wiadome od dawna, ale nie napotykało okazji do ujawnienia, a były tym bardzo liberalne pomysły na gospodarkę i kształtowanie stosunków socjalnych w kraju. Inaczej mówiąc, lewica nie potrafiła zaspokoić tych oczekiwań społeczeństwa, które sprawiły, iż uzyskała władzę w olśniewającym sukcesie wyborczym. Da się to zjawisko streścić krótko słowami: lewica zagubiła coś nie całkiem uchwytnego, lecz niezwykle ważnego dla społeczeństwa nękanego przez lata negatywnymi skutkami transformacji ustrojowej. Nazywamy to coś wrażliwością lewicową mającą chronić społeczeństwo przed wrodzoną kapitalizmowi brutalnością poczynań ekonomicznych. Można to jeszcze inaczej określić.
Państwo rządzone przez lewicę i każde inne ma obowiązek ponoszenia pełnej odpowiedzialności za los swoich obywateli. Tego obowiązku nie rozumiały i nie respektowały rządy prawicy, co więcej, wielki ruch niepodległościowy, jakim była niewątpliwie „Solidarność”, gdy uzyskał decydujący wpływ na losy kraju, nigdy tej zasady nie rozumiał i nie respektował. Może właśnie dlatego z taką łatwością uchodziły bezkarnie kolejnym rządom decyzje jawnie prowadzące do masowego bezrobocia, do wyprzedaży banków w ręce obcych, do masowego likwidowania tysięcy zakładów pracy. Rządzące elity władzy wierzyły w magiczną siłę gospodarki wolnorynkowej, zupełnie zaniedbując wątek konieczności ochrony tego wszystkiego, co ułomnie, nawet bardzo ułomnie, dawał ludziom pracy najemnej ustrój zwany – nie całkiem zasadnie – socjalistycznym.
Dołączył się do tego błyskawiczny awans na kierownicze stanowiska w polityce i gospodarce ludzi całkowicie do pełnienia tych funkcji nieprzygotowanych. W tysiącach miejsc w Polsce różne „siły społeczne” wywierały przeogromny nacisk na obsadzanie, gdzie tylko się dawało, „swoich”, połączony ze świadomym odsuwaniem od pracy i odpowiedzialności osób posiadających odpowiednie do sprawowanych funkcji kwalifikacje zawodowe. Głównym zarzutem przeciw nim było określenie, że to przecież „komuna”, więc musi odejść.
Pamiętam, jak ze znakomicie prosperującego przedsiębiorstwa handlowego na Wybrzeżu pewien pijaczek, magazynier, działacz „Solidarności” wyrzucił znakomitego młodego i pracowitego dyrektora właśnie pod tym zarzutem, iż to przecież „komuna”, więc nie może tu rządzić. Niedługo potem firma zaczęła upadać, a wywalony z pracy dyrektor dostał szybko wysoko płatną pracę w firmie zagranicznej.
My wszyscy, ludzie „Solidarności”, poczuwamy się, całkiem słusznie, do olbrzymiego dokonania, jakim było przywrócenie Polsce niepodległości, ale milczymy bądź udajemy głuchych, gdy pojawia się konieczność udzielenia odpowiedzi, kto i kiedy doprowadził w naszym kraju do zaistnienia masowego bezrobocia, do upadku krajowego przemysłu i handlu, do – krótko mówiąc – wydania kraju na łup obcych i do ponurego zjawiska pojawienia się głodnych dzieci.
Niestety, trzeba mieć odwagę powiedzieć to głośno, na liście sprawców tych – nazwijmy je po imieniu – zbrodni jesteśmy my, działacze „Solidarności”. Nasi historycy są na razie na etapie starannego wyszukiwania różnych moralnych i prawnych przewinień ludzi dawnej komuny. Ufam, że uczciwość naukowa zwycięży i ukażą się poważne i dobrze udokumentowane prace ukazujące naszą destrukcyjną rolę w powstaniu tych zjawisk, które tak gnębią współcześnie polskie społeczeństwo. Bardzo łatwo i poręcznie jest zwalać wszystko na komunę i jej jakże często niechwalebną przeszłość, ale od chwili upadku komuny upłynęło dokładnie tyle lat, ile ich było od zamachu majowego marszałka Piłsudskiego do wybuchu wojny. Ileż wtedy potrafiono zrobić dla bardzo ubogiej i zacofanej ekonomicznie i kulturalnie Polski! Jak więc nie płakać, lecz wyć, gdy się to dawne porówna z tym nowym, za które ponosimy pełną odpowiedzialność.
Te moje samokrytyczne rozważania i wyznania nie mogą przekreślić błędów lewicy popełnianych w okresach, gdy miała ona pełnię władzy powierzonej jej przez społeczeństwo spragnione i przyzwyczajone przez długie lata do jakiego takiego rozwoju, jaki zapewniał mu np. okres rządów Edwarda Gierka. Propagandyści bełkoczą ustawicznie o długach, jakie zostały po Gierku. To prawda. Są do dzisiaj długi, ale za pożyczone pieniądze kraj został pchnięty do przodu. Pod rządami liberalnych ekonomistów powstały długi większe od tamtych, ale szerokie kręgi społeczeństwa doświadczają dzisiaj raczej upadku, a nie jak dawniej rozwoju.
Czy znajdą się historycy, którzy potrafią opisać tę smutną prawdę o naszej, ludzi „Solidarności”, odpowiedzialności za liczne klęski, jakie Polska przeżywa, i czy rządząca nadal, choć z trudem lewica potrafi narastająca rozpacz zamienić w radosną nadzieję?

12 czerwca 2003 r.

 

Wydanie: 25/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy