Brzydkie słowo

Brzydkie słowo

Pojechaliśmy w Sudety; Żona chciała na Zachód, ale żeby było niedrogo i w złotówkach, od siebie dołożyłem postulat antymazowiecki, tzn. nie może być płasko, nie ma być komarów, no i raczej Schinkel niż Tylman z Gameren, jeśli mamy uprawiać zwiedzactwo architektoniczne. Padło na Kotlinę Kłodzką, bo jednak ciut bliżej niż Karkonosze, a możliwości rozmaite, góry skaliste i nie, stare kopalnie, śmierdzące szczawy w uzdrowiskach, no i we wsi Kletno najpiękniejsza jaskinia Polski. Do tej ostatniej trudniej się dostać niż na „Ostatnią Wieczerzę” w Mediolanie, limity osobowejść na trasę turystyczną, ze wszech miar ochroniarskich słusznie nałożone, sprawiają, że jeśli ktoś chce zobaczyć skarby Niedźwiedziej w sezonie, musi sobie kupić bilety na przyszły rok. „Osobowejście” cieszy ucho, choć scrabblowo zdaje się niezaliczalne, Word podkreśla wężykiem, w przeciwieństwie do „nadsięwłomu”, o którym po raz pierwszy usłyszałem w sztolni uranowej – to taka nagroda pocieszenia dla tych, którzy pocałowali klamkę w jaskini. Przewodniczka straszy licznikiem Geigera i opowiada, ile bomb atomowych mógł zbudować Stalin z tutejszego urobku. Tak czy owak, niewątpliwy złoczyńca wszech czasów uczynił nam w Poczdamie geograficzne dobrodziejstwo – uogólniając: zabrał bagna i dał góry.

Jechaliśmy cały dzień, podróż przypadła nam akurat na czas sejmowego głosowania lex TVN, czytałem relację live i emocjonowaliśmy się jak na meczu piłkarskim – najpierw euforia po zdobytej bramce, ba, po wygranym meczu, a potem szok, poruta i przygnębienie. Piętnastoletni pasierb nie zrozumiał, co się stało, przebieg tej potyczki wykroczył poza standardy obejmowalne rozumem nastolatka, zwłaszcza że PiS wprowadziło do polszczyzny nowe przekleństwo, które drzemało sobie w słowniku legislacyjnym, a teraz stało się synonimem ordynarnego bezprawia kaczystowskiej władzy. – Co to jest reasumpcja?! – zapytał, a ja starałem się trzymać realiów futbolowych, żeby mu wytłumaczyć, co właściwie dokonało się na Wiejskiej i dlaczego ten dzień po wsze czasy będzie okryty hańbą. Mówię mu: wiesz, wygraliśmy mecz, piłkarze zeszli już do szatni, ale trzech z nich wziął na boczek prezes przegranego klubu i zamachał grubym trzosem, szepcząc słodkie obietnice. Autor decydującej bramki wyznał, że trafił przez pomyłkę, a sędzia, którego prezes ma w kieszeni, uznał, że w takim razie wynik się nie liczy, gol nie może być uznany. Zarządzona zostaje dogrywka, której wynik jest przesądzony, bo trójka przekupionych chyżo sabotuje wysiłki swojej drużyny, napastnik teraz już się nie myli, strzela bezpardonowego samobója, trener widzi, co się dzieje, ale nie może nic zrobić, bo limit zmian się wyczerpał. – Ale przecież to niemożliwe, te czasy już minęły, poza tym tak chamskiej korupcji nie było nawet w erze „Fryzjera”. Co na to kibice? Co na to UEFA? – docieka pasierb. Mówię mu, że kibice oczywiście protestują, pokrzykują, ale stadion obstawiła policja uzbrojona po zęby, gotowa wyłapać krewkich buntowników i poczęstować pałkami teleskopowymi. Federacja potępia i grozi sankcjami, ale skorumpowany prezes tylko się z tego cieszy, robi wszystko, żeby państwo zostało wykluczone z międzynarodowego towarzystwa, wystarczą mu rozgrywki krajowe. – Ale przecież to jest przestępstwo w biały dzień – pasierb nie daje za wygraną. – Czemu tym się nie zajmą policja, sądy? – Bo policja i sądy też należą do prezesa, nie kiwną przeciw niemu palcem – tłumaczę. – A czemu inne drużyny się nie zbuntują? Wtedy nie będzie żadnych rozgrywek, ten bandycki prezes nie będzie miał z kim grać. – To by go tylko ucieszyło, on nie chce grać, on chce być mistrzem, kiedy rywale zejdą z boiska, jego klub jako jedyny uczestnik rozgrywek zostanie obwołany zwycięzcą na zawsze. – A co z kibicami tego klubu, spodoba im się taka wygrana? Przecież nie będzie meczów, a ludzie chcą przychodzić na stadiony… – Ależ będą przychodzić, zamiast meczów będą festyny, darmowa kiełbasa z bułą i piwko, a na murawie parada wojskowa. To są specyficzni kibice, mecze średnio ich obchodzą, oni lubią się najeść i pośpiewać, powiadają: nieważne, co się dzieje na boisku, liczy się wynik na tablicy, a tam wyświetlany jest czytelny i niczym niezmącony komunikat: jesteśmy najlepsi.

Pasierb nie chce już słuchać, zaciska zęby i powstrzymuje łzy. – Jeżeli tak to wygląda, to nie chcę mieszkać w tym chorym kraju… Ma szczęście, rodzice sfinansowali mu francuską szkołę, należy do niewielkiego promila dobrze urodzonych – ma wybór. Większość jego rówieśników takiego wyboru nie ma, poddana czarnkowej indoktrynacji będzie spoglądać na postępującą degenerację Polski w najlepszym razie w otępieniu. W najgorszym, z entuzjazmem przyczyni się do utrwalania władzy kaczystowskiej.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 35/2021

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy