Dwie tradycje

Dwie tradycje

W dniu 25 września 1789 r. Kongres Stanów Zjednoczonych przyjął dziesięć poprawek do konstytucji uchwalonej dwa lata wcześniej. Jedna z nich, opatrzona numerem V („piąta poprawka”), głosiła, że nikt nie może być zmuszony do składania świadectwa przeciwko sobie. Zakaz obowiązku samooskarżenia stał się zasadą konstytucyjną na równi z zasadą wolności słowa, prasy i petycji (poprawka I), nienaruszalności mienia przez zakaz stosowania samowolnej rewizji (poprawka IV) czy zasadą zakazu stosowania okrutnych kar (poprawka VIII).
Zasady te respektowane są obecnie przez systemy prawne wszystkich demokratycznych państw świata.
Oczywiście nie jest to tradycja jedyna. Można dziś nawiązać do tradycji zgoła innej.
Gustaw Herling-Grudziński zastanawiał się kiedyś, po co NKWD-owskim śledczym było wymuszenie przyznania się do winy. Po co tyle trudu zadawali sobie, aby najbardziej wymyślnymi nieraz torturami fizycznymi i psychicznymi wymusić na podsądnym przyznanie się. Po co im to było? Mogli przecież bez tego przyznania zrobić z podsądnym, co chcieli – skazać go na śmierć czy dowolnie długi pobyt w łagrach, co często równało się zresztą powolnej śmierci. Więc po co? Herling-Grudziński dochodzi do wniosku, że cały system wymiaru sowieckiej sprawiedliwości nastawiony był nie tyle na wymierzenie kar, ile raczej na wyeksploatowanie gospodarcze jednostki do ostatka, do ostatecznego wyniszczenia biologicznego, a nadto na jej przeobrażenie i unieszkodliwienie na przyszłość, gdyby miała dość sił na przeżycie łagru. To przeobrażenie wymagało, jak pisze Grudziński, kompletnej dezintegracji osobowości. Człowiek, który załamał się w śledztwie, przyznał do popełnionych, a najczęściej do niepopełnionych win, obciążył innych, miał już raz na zawsze przetrącony kręgosłup. Czuł wstręt i obrzydzenie do samego siebie. Jego poczucie własnej wartości było zredukowane do zera. Jego godność została raz na zawsze zdeptana. Z dumnego kiedyś podmiotu stawał się przedmiotem. Przedmiotem bezwolnym, budzącym pogardę innych, a także czującym pogardę do samego siebie. Z niegdysiejszego obywatela stawał się niewolnikiem.
Do tej drugiej tradycji nawiązywała idea nakłaniania do podpisywania w stanie wojennym tzw. lojalek. Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie porównywał stanu wojennego z sowiecką okupacją lat 1939-1941. Za niepodpisanie lojalki nie groziła zsyłka do łagru ani tym bardziej śmierć. Mogło grozić co najwyżej internowanie. Internowanie w warunkach nieporównywalnych do warunków panujących w sowieckim łagrze czy choćby naszej Berezie Kartuskiej z czasów tak dziś mitologizowanej II Rzeczypospolitej.
Jaki bowiem był sens lojalki?
Nakłoniony do jej podpisania – czasem szantażem, a czasem tylko perswazją lub obietnicą zostawienia w spokoju – zobowiązywał się jedynie do przestrzegania porządku prawnego PRL. Co to komu dawało? Władzom formalnie nic. Ścigać mogły i tak, dopiero gdy przyłapały kogoś na naruszeniu porządku prawnego, a wtedy fakt, czy uprzednio coś podpisał, czy nie, był bez znaczenia. Czy rodziło to jakieś nowe zobowiązanie po stronie podpisującego? Oczywiście, że nie. A jednak nakłaniano ludzi do podpisania. Nakłonienie zaś kogoś do podpisania lojalki, jak to wynika z dokumentów z archiwów SB, traktowano jako sukces.
Osoby, które taką lojalkę podpisały, niechętnie dziś do tego się przyznają. Jedną z nielicznych osób, które same, z własnej woli, nieprzymuszone żadną lustracją, do podpisania lojalki się przyznały, był ks. prof. Józef Tischner. Przyznał się do tego w publikowanej rozmowie z Adamem Michnikiem i Jackiem Żakowskim. Od niego samego wiem, że z powodu tego nic w sumie nieznaczącego podpisu pod formalnie nic nieznaczącym dokumentem przez lata miał wyrzuty sumienia i żal do samego siebie.
No i właśnie po to była ta lojalka. Formalnie nie mając żadnego znaczenia, neutralizowała na ogół osobę, która uległa namowom czy szantażowi i ją podpisała.
Jej podpisanie było rysą na honorze, dowodem chwili słabości. Zadrą, którą niełatwo usunąć. Było czymś godzącym w dumę własną i własne poczucie godności.
Człowiek po podpisaniu lojalki nie był już tym samym człowiekiem co przedtem. Miał w życiorysie, dotąd nieraz pięknym i heroicznym, słaby punkt, którego wstydził się przed samym sobą. I to był właśnie ten sukces bezpieki o który tak zabiegała.
Dlaczego piszę o tym teraz?
Ustawa lustracyjna zapowiada, że Instytut Pamięci Narodowej będzie publikował listy funkcjonariuszy i tajnych współpracowników organów bezpieczeństwa PRL. Mam wątpliwości, czy jest to do pogodzenia z konstytucją, w szczególności czy udostępnianie tych informacji o obywatelu jest rzeczywiście „niezbędne w demokratycznym państwie” (art. 51 ust. 2 konstytucji), czy państwo jest w stanie zapewnić skuteczne korzystanie z drogi sądowej osobom, które zostaną takim ujawnieniem informacji pokrzywdzone, np. znajdą się na tych listach w wyniku błędu, pomyłki lub prowokacji (art. 77 ust. 2 konstytucji), zważywszy, że to sądowe rozpoznanie sprawy ma nastąpić w uczciwym procesie i dokonać się w rozsądnym terminie, a więc nie za pięć czy dziesięć lat, ale od razu! (Art. 45 ust. 1 konstytucji oraz art. 6 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka). Czy będzie to możliwe przy dzisiejszej kondycji sądownictwa, gdy sprawy znacznie prostsze rozstrzygane są latami?
Zostawiając powyższe kwestie na boku, pytam, po co w takim razie składanie oświadczeń lustracyjnych? Zanim IPN ogłosi swe listy hańby, najpierw trzeba się do tej hańby przyznać?
Albo zapewniać, że nie współpracowało się z bezpieką i nie pohańbiło?
Cóż w tym upokarzającego dla kogoś, kto nie był tajnym współpracownikiem – pytają niektórzy posłowie i niektórzy dziennikarze?
Jeśli nie, no to może idźmy dalej. Rozbudujmy oświadczenie lustracyjne o dalsze pytania, zmuszające do zapewnienia, że nie molestowało się seksualnie dziewczynek w przedszkolu, nie dokonało włamania do sklepu, nie obrabowało staruszki itd. Można tu wypisać cały katalog czynów zabronionych ujętych w części szczególnej kodeksu karnego.
Oświadczenie lustracyjne w sytuacji, gdy i tak mają być publikowane listy tajnych współpracowników, do niczego nie jest potrzebne, poza upokorzeniem tych, którzy mają je składać, i to bez względu na to, czy mają coś do ukrycia, czy nie. Dla tych drugich są nawet tym bardziej upokarzające. Czy o to chodzi, aby upokorzyć paskudnych wykształciuchów?
Jeśli tak, to metoda jest dobra.
Autorzy ustawy, świadomie lub nie, wpisali się jednak w tradycję odmienną od tej z ducha V poprawki do konstytucji Stanów Zjednoczonych, przyjętej dziś za standard w cywilizowanych krajach demokratycznych.

Wydanie: 16/2007

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy