Wywalony język ciała

TELEDELIRKA 

Mam chwilami wrażenie, że cokolwiek głupiego da się pomyśleć, to może się zdarzyć, bowiem głupota nie ma żadnych granic. Mądrość, owszem, jest ściśle ograniczona. Jej przeciwieństwo zaś przeciwnie. Oto w satyrycznym dodatku „Gazeta na plażę” pewien redaktor zamieścił prosty żart. Najpierw sfotografował się komputerowo rozdęty na jakieś 180 kilo, a potem wychudzony komputerowo do circa 45 kilogramów, rzekomo za pomocą „listewki cud”. Ćwiczenia z listewką miały spowodować, że redaktor chudł 40 kilo dziennie. Podał numer telefonu, jak mu się wydawało, wzięty z Księżyca i cenę listewki – 999 złotych. Okazało się, że numer telefonu był przypadkowo numerem apteki. I co powiecie moi czytelnicy? Telefon urywał się! Apteka nie w ciemię bita – oferowała różne środki na odchudzanie, ale dzwoniący pożądali wyłącznie „listewki cud”.
Granica głupoty ludzkiej przesuwa się jak horyzont, idziesz, myślisz, że dalej już nie można się posunąć, ale pojawia się nowy rekord. Na ostatniej, najbardziej anorektycznej fotografii wydłużona ponad miarę sylwetka redaktora przypomina bin Ladena. Pociągłej, smagłej twarzy brakuje tylko charakterystycznej brody. Gdyby ją przyprawić, odchudzony redaktor byłby wypisz wymaluj jak na ostatniej taśmie, która przeleżała się podobno dwa dni na biurku redaktora odpowiedzialnego katarskiej telewizji, zanim ją zauważył. A gdyby wrzucił tę drogocenną rzecz do śmieci, to co, świat by się zawalił?
Jednak nie wyrzucił, więc znów mieliśmy możliwość oglądania 100 razy bin Ladena. Chyba że był to sobowtór, jakich na świecie pełno. U nas także za parę złotych można wynająć Wałęsę, papieża, Suchocką, Gronkiewicz-Waltz, Violettę Villas, Sophię Loren. Można uświetnić każde przyjęcie, nie bawiąc się w uciążliwości poznawania prawdziwych artystów, polityków i autorytetów moralnych, co byłoby znacznie bardziej kosztowne. A już na fotografii nikt i tak nie odróżni oryginału od kopii. Zdarza się, że sobowtóry przychodzą za darmo. Na promocji naszej książki „Harpie, piranie, anioły…” napisanej z Małgorzatą Domagalik pojawił się Fidel Castro w panterce, jak żywy. Przyszedł razem z Gorbim i wspólnie pozowaliśmy do zdjęć. Gdy za sto lat jakiś uczony historyk dokopie się do archiwum, przypadkowo odkryje tę fotkę, historia stanie się sobowtórem prawdziwej historii. Wyobrażam sobie te karkołomne hipotezy na temat pojawienia się tych dwóch osobistości na promocji.
Tak więc nie można mieć pewności, czy widoczny na taśmie osobnik jest prawdziwy, czy jest falsyfikatem. Co prawda, schudł i sczerniał, ale wyglądał na żywego. Broda może mu trochę posiwiała, oczy błyszczały radością z powodu zagrania na nosie Amerykanom. Być numerem jeden światowych mediów to nie byle co. Tym razem gestykulował nieco oszczędniej. Poprzednio jego dłonie przekazywały podobno terrorystom treści dotyczące następnych ataków, co, kiedy i gdzie się wydarzy. Analitykom amerykańskich służb specjalnych ruchliwe paluszki bin Ladena spędzają sen z powiek.
Czyż nie mogą oni, nieumcy jedni – nieumiec to stara forma na określenie beznadziejnego amatora, zaczerpnięta z niemieckiej encyklopedii zdrowia doktora F.E. Bilza „Nowe lecznictwo przyrodne”, popularnej na początku wieku w Poznaniu – zasięgnąć rady niedawno objawionego cielesnego eksperta Tymochowicza Piotra, superspeca od mowy ciała? On by im zaraz wyłuszczył każdy gest miliardera terrorysty, postaci wyjętej z „Baśni tysiąca i jednej nocy” albo raczej z baśni braci Grimmów.
Język ciała to teraz bardzo modna dziedzina. Polityk bez Tymochowicza jest jak karabin bez żołnierza. Właśnie tak, a nie odwrotnie, bo to on strzela politykiem, a nie polityk cielesnym psychologiem. Chociaż jakiś rozeźlony lider mógłby wykonać mały gest pociągnięcia za spust, bo też Bogiem a prawdą, Pan Bóg kule tymochowiczowskie nosi. Przecież to ów specjalista od rozwierania i łamania rąk uczył Krzaklewskiego języka ciała, czyli jego słynnej uniesionej brody, a Leppera uznał za prymusa wśród prymusów.
Pytanie: czy język, ten, który mamy w gębie, trzymać za zębami, sam w sobie nie jest też ciałem? A czy wywalony język nie jest językiem ciała wyrażającym uczucia publiki na widok polityków ustawionych przez cielesnego eksperta? Gdy wszyscy przejdą już trening gestów, ich spotkania zaczną przypominać Orwella. Siedzące naprzeciw siebie gadające głowy ćwiczone przez mistrza będą wyglądały jak lustrzane odbicie. Lepiej niech ćwiczą karate.
Ostatnio spec specjalizuje się w ćwiczeniach na ekranie telewizyjnym. W programie byłego Wampira miał pokazać, jak uratowałby go przed skokiem samobójczym z dachu, o czym by z nim na krawędzi rozmawiał, jak obezwładniłby go siłą mowy swego ciała. Na szczęście dla nas, którzy lubimy „Wieczór z Jagielskim”, rzecz odbywała się w studiu, a Wampir kucał na stole jako na wyimaginowanym dachu. Gdyby nie to, biedak zginąłby na miejscu, bo ze śmiechu spadł, na szczęście tylko na podłogę.
Mniej wesoło robi się człowiekowi, gdy czyta, że podczas obławy w Tora Bora (Czarna Wdowa) afgański komendant hadżi Zaman, prowadzący poszukiwania bin Ladena, pozwolił mu uciec za ogromny okup do Pakistanu. Jaki to musiał być szmal, skoro Amerykanie dają za tę głowę z brodą 25 mln dolarów? Afgański minister wojny powiedział, że skoro megaterrorysta znajduje się w Pakistanie, Amerykanie muszą zbombardować Pakistan.
A jeśli ktoś puści kaczkę dziennikarską, że bin Laden ukrywa się w Polsce?

Wydanie: 1/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy