„Dzieje kultury europejskiej” Wojciecha Lipońskiego są książką nie do objęcia. Ukazuje się ona od 2019 r., początkowo rok po roku, w objętości rosnącej z tomu na tom. W minionym roku wydano tom czwarty, najobszerniejszy: „Barok-Oświecenie”. Gąszcz przytaczanych w nim faktów – czasem znanych, czasem zapomnianych, czasem nowych – działa obezwładniająco, a do zapamiętania jest niemożliwy. O ile więc pierwsza refleksja dotyczy możliwości percepcji czytelniczej, druga każe zadumać się nad możliwościami autora, który nad wytworzonym przez siebie tekstem w pełni przecież panuje.
Jak to robi? Można zrozumieć swobodę, z jaką ten profesor anglistyki porusza się w obszarze kultury Wielkiej Brytanii (swego czasu wydał „Dzieje kultury brytyjskiej”), można zrozumieć jego zadomowienie w innych kulturach europejskich, trudniej pojąć, że z tym samym znawstwem referuje osiągnięcia narodów zarówno niewielkich, jak i leżących formalnie już poza Europą: Armenii czy Gruzji. Jest sprawą oczywistą, że bibliografia przedmiotu nie mogła tu zostać wyczerpana, a przecież obecny w przypisach wykaz wielojęzycznych monografii i artykułów sprawia wrażenie kompletności. Oto więc owoc nieludzkiej wręcz kompetencji, zdającej się przekraczać możliwości jednego autora.
Dzieło nie do objęcia, lecz przez naukę możliwe do wykorzystania w przeróżny sposób. Najpierw, przy badaniach którejkolwiek z kultur narodowych, jako solidny rekonesans, traktujący dane zagadnienie z lotu ptaka i na tle kultur sąsiednich. Potem – włączający to zagadnienie w kontekst szerszy, w krwiobieg całości kultury naszego kontynentu. W czasach, w których istnieją rzesze znakomitych specjalistów, synteza o takim oddechu onieśmiela, choć mędrców szkiełka i oka może też prowokować do wychwytywania omyłek, potknięć, lapsusów i literówek. W istocie, pewnie wyszłoby dziełu na dobre nieco powolniejsze tempo wydawania, choć i tak od poprzedniego tomu („Renesans”, 800 stron) do tomu obecnego (900 stron) upłynął okres – jak na Lipońskiego – wyjątkowo długi, bo „aż” czteroletni. A jednak gdyby nawet udało się wychwycić ułomności – jakie to ma znaczenie? Horyzont ludzkiej aktywności jest ograniczony i jeżeli coś jest naprawdę ważne – to ukończenie tej niezwykłej pracy. Bo przed autorem jeszcze XIX w.!
Nie sądzę, by „Dzieje kultury europejskiej” doczekały się wielu recenzji. Wszak recenzentów powinny być dziesiątki – tyle, ile segmentów tej syntezy. A segmenty te – to nie tylko poszczególne kraje, lecz i poszczególne dziedziny kultury, a w dziedzinach tych – kolejne prądy artystyczne. Toteż i to, co tu piszę, nie jest rzecz jasna żadną recenzją, jest wciąż felietonem, który wszak powinien teraz zarzucić nadtytuł „Refleksje pesymisty”. Cóż bowiem bardziej optymistycznego niż widok całościowej syntezy, od czego humanistyka tak bardzo dziś stroni. Tymczasem my wszyscy, trudniący się nauką, służymy przede wszystkim do tworzenia syntez. Nikt tego za nas nie zrobi.
Zatem zamiast recenzji – dwie refleksje końcowe. Pierwsza – to kultura polska w łonie kultury europejskiej. Wielkie idee i wielkie prądy były tworzone w Anglii, Francji, Niemczech, Włoszech, Hiszpanii czy Portugalii – prawie nigdy u nas. Autor stara się wprawdzie dowartościować polski dorobek, lecz faktów przecież nie zmieni, choć w jednym przypadku, kultury sarmackiej, mógłby bliżej ukazać jej charakter synkretyczny, a w tym synkretyzmie – oryginalny. Nie zmienia to powyższej konstatacji: ściągaliśmy z Zachodu architektów, czasem malarzy, ale nie filozofów – oni nas nie interesowali. Odwrotnie postępowała Rosja, tworząc u siebie ruch idei z importu – w tamtych czasach wciąż jeszcze odtwórczy.
Jesteśmy „barbarzyńcami w ogrodzie”? Ależ bogactwo europejskiej kultury niesie też ze sobą treści wstydliwe. Dzieła rewolucjonizujące naukę wędrowały z reguły na „Indeks ksiąg zakazanych”, a z wyroku kościelnych trybunałów przez długie lata płonęły w Europie stosy, karzące okrutną śmiercią ludzi „mających odwagę być mądrymi”. Polska była ponoć „państwem bez stosów”, nie znaczy to jednak, by stanowiła oazę tolerancji. A jednak – pisze Lipoński – „ostatni stos ze zwolennikiem Woltera zapłonął w Hiszpanii w roku 1819”. A potem przyszły dwie wojny światowe. Czy doceniamy demokrację, jaka panuje dziś na naszym kontynencie?
A oto refleksja druga, tak bardzo oczywista: na naszych oczach, pod piórem poznańskiego uczonego, powstaje dzieło niezwykłe. I to w skali nie tylko polskiej, lecz europejskiej.
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl







Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy