Gadające głowy

Człowiek, który groził, że wysadzi się w powietrze razem z Bankiem Millenium w Warszawie (nazywał się, o ile dobrze pamiętam, Jerzy Górski), co spowodowało spore zamieszanie, postawiło na nogi policję, straż pożarną i specjalnych negocjatorów umiejących ponoć rozmawiać z desperatami, powiedział w rozmowie z dziennikarzem programu „Uwaga” TVN, że gdyby dotarł do niego nadany przez telewizję apel tegoż dziennikarza, natychmiast przerwałby swój show i opuścił bank. Niestety, siedząc w banku, nie miał telewizora. Bowiem, jak wyznał w tej samej rozmowie, jedynym celem jego ryzykownej demonstracji było „zaistnienie w mediach”, które – według niego – zdolne są rozwiązać jego skomplikowany spór z bankiem, a właściwie z biurem maklerskim Millenium.
Ludzie mediów są dumni z roli, jaką odgrywają w państwie, i także wspomniany wyżej dziennikarz „Uwagi” zapewniał desperata, że gdyby ów zwrócił się od razu do niego, nie byłoby potrzeby chodzenia po sądach ani tym bardziej paraliżowania życia w Warszawie. Myślę, że dziennikarz ma rację, co pokazuje wyraźnie, że żyjemy w państwie patologicznym. A także w państwie wirtualnym, gdzie osoba lub sprawa, które nie „zaistnieją w mediach”, po prostu nie istnieją w ogóle.
Jest to jednak broń obosieczna. Media – gazety lub telewizja – są wprawdzie w stanie odgrywać rolę dobrej wróżki przychodzącej z pomocą komuś skrzywdzonemu lub zdesperowanemu, ale są również w stanie wykreować całą rzeczywistość dookolną w sposób dla siebie pożądany. Wie o tym dobrze nowe kierownictwo TVP, które wprawdzie nie zdołało jak dotąd podnieść poziomu telewizji publicznej, zbudować, a przynajmniej zaprogramować jej nowego oblicza, ale wie doskonale, co do pożądanego przez nie obrazu świata nie należy. Nie należą do niego np. „Kabaret Olgi Lipińskiej” ani przesadne rozwodzenie się nad sprawami kultury, co odbywało się na przykład w „Pegazie” albo w poświęconym książkom programie niżej podpisanego „Księgozbiór”, nie należy też program rozmów prowadzony przez M.F. Rakowskiego, a zwłaszcza jego ostatnia rozmowa z prezydentem Kwaśniewskim, na której ten program się zakończył.
Włodarze telewizji przekonują, że telewidzom nie podobają się „gadające głowy” i że zamiast nich wolą głowy chichoczące w coraz głupszych programach rozrywkowych albo ryczące w programach muzycznych, albo wręcz rozbijane o ścianę lub rozwalane jednym wystrzałem w serialach i filmach sensacyjnych. Może mają rację. Mnie jednak zdarzyło się ostatnio, pstrykając bezmyślnie telewizyjnym pilotem, natrafić na kilka gadających głów, którym warto przyjrzeć się bliżej.
Pierwsze były głowy Andrzeja Gwiazdy i jego żony w późnowieczornym programie telewizji Puls. Myślę, że po kilkunastu latach trzeba przypomnieć, kim był Andrzej Gwiazda. Otóż był on jednym z czołowych przywódców pierwszej, a także konspiracyjnej jeszcze „Solidarności”, postacią wówczas niemal równie ważną jak Wałęsa. Tyle że Gwiazdy nie pokryła pajęczyną zapomnienia żadna „komuna”, lecz zrobili to jego właśni koledzy, dochodząc do władzy w 1989 r. Zostali oni posłami, ministrami, dygnitarzami, natomiast Gwiazda – inżynier, jeden z nielicznych inteligentów w ówczesnym związkowym kierownictwie „Solidarności” – pozostał na dole, dziwując się coraz bardziej kierunkowi, jaki przybrał ten ruch, który wziął się z zapałem do budowy neoliberalnego kapitalizmu i wyrzucania dawnych kolegów na bruk bezrobocia.
Można powiedzieć, że Gwiazda jest do pewnego stopnia sam sobie winien. Jego zajadły antykomunizm nie pozwalał mu na układanie się z „komuną”, na co poszedł Wałęsa, który oczywiście miał w tej sprawie rację. Kiedy jednak dzisiaj słucha się Gwiazdy, wywodzącego dość precyzyjnie, że droga, którą przybrała polska transformacja ustrojowa, była od samych swoich początków najbardziej aspołeczna, antypracownicza i łupieżcza, a więc sprzeczna z początkowymi ideałami „Solidarności”, chciałoby się, aby Gwiazdy posłuchało trochę więcej ludzi niż tylko nocni słuchacze mało oglądanego programu TV Puls.
Do początków owej transformacji odwołała się także w rozmowie z Najsztubem (TVN) kolejna gadająca głowa, należąca do Antoniego Macierewicza. Tym razem mieliśmy jednak okazję posłuchania czegoś, co w rozmaitych formach opowiadają nam obecnie media na okrągło. Macierewicz po prostu uważa, że całe zło bierze się stąd, że zaraz na początku, w roku 1989 czy 1990, nie nastąpiła brutalna i krwawa rozprawa z „komuchami”, którzy dzisiaj są wszystkiemu winni. Myślę, że w momencie, kiedy to samo, lecz trochę tylko oględniej mówią szykujący się do władzy w Polsce ludzie tacy jak Kaczyński czy Rokita, dobrze jest posłuchać ich poglądów w pigułce. Po prostu tak jak używa się środków trzeźwiących.
Najdziwniejsze jednak gadające głowy spotkały się na krakowskich plantach i siedząc w gustownej altance, dyskutowały o tym, czy chrześcijanie są w Polsce, a także w całej Europie, prześladowani. Powodem do tej rozmowy była wizyta w Polsce włoskiego profesora, pana Buttiglionego, tego samego, który miał być komisarzem europejskim, lecz nim nie został, ponieważ uważa, że homoseksualizm jest grzechem, a matki samotnie wychowujące dzieci są gorszymi matkami. Niezatwierdzenie przez Parlament Europejski pana Buttiglionego na komisarza, było, jak pamiętamy, głośnym wydarzeniem, w wyniku którego nasza prawica uznała Europę za bezbożną i skomunizowaną, a w każdym razie antychrześcijańską.
Otóż ciekawe w tym wszystkim było głównie to, że pan Buttiglione niezupełnie tak uważa, twierdząc, że politycznie jest on liberałem, a więc dopuszcza istnienie wszelkich moralnych zapatrywań, co nie stoi w sprzeczności z faktem, że osobiście jest chrześcijaninem, wcielającym w życie doktrynę chrześcijańską. Brzmi to z pozoru logicznie i u zgromadzonych w altance powodowało potakujące kiwanie gadającymi głowami, z wyjątkiem jednej głowy pana Majcherka, który przedstawiając się jako liberał stuprocentowy, po prostu w to wątpił. Twierdził mianowicie, że jeżeli obowiązkiem chrześcijanina jest wcielanie w życie wiary chrześcijańskiej, to jak może w praktyce politycznej być on sprawiedliwy i liberalny wobec doktryn, które uważa za z gruntu błędne, takich jak inne wyznania lub inne postawy obyczajowe?
Nie będę rozstrzygał tego sporu, który, co tu mówić, jest interesujący, zwłaszcza że w Polsce myśl o prześladowaniu chrześcijan należy do najbardziej surrealistycznych. Po prostu piszę tu o gadających głowach, z których od czasu do czasu wydobywa się coś sensownego, a przynajmniej znamiennego dla czasu, w którym żyjemy. Jeśli jest prawdą – a jest nią niewątpliwie – konstatacja desperata w Banku Millenium, że nie istnieje nic, co nie istnieje w mediach, to być może jednak warto czasami porozmawiać o tym publicznie.

Wydanie: 4/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy