Grzechy i mity prywatyzacji

Grzechy i mity prywatyzacji

Wybory prezydenckie i samorządowe zbliżają się w szybkim tempie, notowania rządu spadają, pieniędzy w budżecie brakuje na wszystko. W takich warunkach otoczenie Tuska szuka pomysłów, które pomogą jeszcze rok przetrwać do wyborów i zorganizować igrzyska dla biednego ludu. Tym bardziej że niecierpliwość narasta, cudów nie ma, autostrady wciąż istnieją tylko w planach, realne płace spadają, a bezrobocie rośnie. Wszystko idzie nie tak, jak miało iść.
To pozwala zrozumieć szalone pomysły z szukaniem dodatkowych środków finansowych. Jednym z nich ma być już zupełnie wytarte i skompromitowane w polskich warunkach hasło „przyspieszenia prywatyzacji”. I choć plan min. Grada sprzedaży m.in. największych spółek energetycznych, chemicznych, KGHM, paliwowego koncernu Lotos, został chwilowo zawieszony, warto przypomnieć dotychczasowe „sukcesy” polityki prywatyzacyjnej.
Słowo „prywatyzacja” jest jednym z tych pojęć z polskiego słownika, które wzbudzają dużą niechęć. Według badań CBOS, od 1990 r. Polacy systematycznie coraz gorzej oceniali proces prywatyzacji. O ile na początku zmiany systemowej większość osób zgodnie z nową ideologią i pod naciskiem oficjalnej propagandy uznawała prywatyzację za korzystną dla stanu polskiej gospodarki, o tyle wraz z upływem czasu i poznawaniem na własnej skórze „dobrodziejstw” prywatyzacji rosła liczba negatywnych ocen jej skutków. Od 2000 r. już zdecydowanie przeważają negatywne opinie – w 2005 r. 40% badanych oceniało prywatyzację negatywnie, a tylko 25% pozytywnie. Jeszcze gorzej skutki prywatyzacji oceniano w odniesieniu do osobistego życia – 46% uznało, że „dla nich osobiście” prywatyzacja jest niekorzystna. Odmiennego zdania było tylko 16% beneficjentów nowego ładu. Najgorzej jednak oceniane są skutki przekształceń własnościowych dla pracowników prywatyzowanych zakładów – tutaj ponad połowa Polaków nie ma złudzeń co do efektów polityki prywatyzacyjnej. Według sondażu CBOS z 2006 r., prywatyzacja kojarzyła się Polakom głównie z likwidacją miejsc pracy i bezrobociem. Równie częste skojarzenia to: nieprawidłowości, złodziejstwo, korupcja. Dla ponad 40% Polaków prywatyzacja oznacza głównie wyprzedaż majątku narodowego i wyzysk pracowników. Te opinie wciąż dominują w społeczeństwie polskim.
W takich nastrojach forsowanie przez Platformę Obywatelską planów „wielkiej prywatyzacji” może być tylko samobójstwem politycznym. Czy doradcy premiera już stracili kontakt z rzeczywistością, czy jeszcze nie? To się wkrótce okaże.
W głośnej książce „Wielki przekręt. Klęska polskich reform” wydanej w 2000 r. prof. Kazimierz Poznański pisał: „Przejmowanie fabryk czy banków przez zagranicznych właścicieli jest dzisiaj w świecie normą, ale nie jest normą przejmowanie całej gospodarki jakiegoś kraju. Jeszcze bardziej odległe od norm jest przyzwolenie, żeby gospodarka danego kraju została przechwycona za półdarmo. Tak się niestety stało w Polsce, gdzie zamiast uratować to, co zostało z komunizmu, dla przyszłych pokoleń – zmarnowano ten spadek. W zamian za skromne prowizje, właściwie napiwki, decydenci upłynnili kapitał za ułamek jego wartości”.
W ostatnim czasie wyszła kolejna bardzo dobra publikacja będąca świetną socjologiczną analizą polskiej prywatyzacji. Myślę o przemilczanej przez główne media książce prof. Jacka Tittenbruna pt. „Z deszczu pod rynnę. Meandry polskiej prywatyzacji”. To czterotomowe dzieło, będące efektem kilkuletniej pracy autora, poza imponującą dokumentacją wszystkich głównych działań prywatyzacyjnych w Polsce w minionych 20 latach, ukazuje społeczny kontekst prywatyzacji oraz demaskuje główne mity ideologii uzasadniającej zmiany form własności.
Po pierwsze, mit modernizacji i innowacji polskiej gospodarki poprzez procesy prywatyzacyjne. Większość firm zagranicznych działających w Polsce przeznaczała na badania i rozwój przedsiębiorstw mniej niż 1% swoich obrotów. Co więcej: to właśnie w spółkach z kapitałem zagranicznym najczęściej likwidowano zaplecze badawczo-rozwojowe (BR). W ten sposób polska gospodarka z produktami mało zaawansowanymi technicznie, będąc w stanie konkurować tylko niskimi kosztami i ceną, staje się manufakturą Europy.
Po drugie, uzdrawianie słabych firm i poprawa zarządzania przez prywatyzację. To również było tylko zaklęcie propagandowe, gdyż zazwyczaj sprzedawano firmy najlepsze i najbardziej rentowne. Zagraniczni inwestorzy wydziobywali najbardziej smakowite rodzynki – często wydzierali z całego przedsiębiorstwa jedynie jego dochodową część. Reszta ich nie interesowała.
Po trzecie: prywatyzacja miała zagwarantować dostęp do nowych technologii. Właściciel firmy nie jest jednak filantropem, który modernizuje dla zasady wybrany zakład. Jak pisze prof. Tittenbrun: „Kapitalistyczny właściciel kieruje się swoim interesem, który może w danych okolicznościach dyktować mu różne rozwiązania”. Czasami chodzi mu o akumulację kapitału. „W innym przypadku motywem prywatnego właściciela może być pozbycie się konkurencji lub inna podobna przesłanka skłaniająca go do zamknięcia zakładu lub porzucenia na pastwę losu”. Można byłoby stworzyć długą listę takich przypadków na krajowym podwórku. Dla mnie symbolicznym zdarzeniem było przejęcie przez Siemensa wrocławskiego Elwro, a następnie zniszczenie jednego z najbardziej nowoczesnych zakładów w Polsce.
Lista błędów, niedopatrzeń oraz zwykłych przekrętów w procesie polskiej prywatyzacji opisana przez prof. Tittenbruna jest bardzo długa.
Czy teraz, chcąc sprzedawać KGHM i spółki energetyczne, PO będzie popełniać główne grzechy polskiej prywatyzacji? Kto się znajdzie jeszcze na tej liście? Telewizja publiczna, wyższe uczelnie czy też cały system służby zdrowia? Budując lewicową alternatywę dla Polski, nie można pomijać spraw modelu własności gospodarki. Czas dogmatycznej wyższości własności prywatnej w gospodarce minął w świecie wraz z globalną zadyszką kapitalizmu. Warto zauważyć to również w Polsce.

Wydanie: 31/2009

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy