Egzamin z odwagi

Zapiski polityczne

Decyzja Sądu Najwyższego w sprawie Mariana Jurczyka naprawiła przeogromną krzywdę wyrządzoną nie tylko jemu, ale i Polsce, której niewątpliwego bohatera usiłowano zeszmacić w opinii publicznej. Dlaczego tak się dzieje, że Sąd Lustracyjny nie był zdolny wydać sprawiedliwego wyroku w tej i – jak wolno przypuszczać – w wielu innych sprawach? Moja odpowiedź na to dramatyczne pytanie brzmi tak: sądy rozpatrujące w Polsce sprawy polityczne nie są wbrew pozorom niezawisłe, gdyż działają pod niezwykle silnym ciśnieniem pewnej (skrajnie prawicowej) części opinii publicznej, która już dawno straciła rozum i zdolność przebaczania doznanych krzywd, a kieruje nią jedynie chamska, prymitywna żądza zemsty. Polska prawica, której polityczna reprezentacja doprowadziła kraj na sam brzeg przepaści ekonomicznej, dyszy żądzą zemsty, choć posługuje się skwapliwie i oszukańczo frazeologią religii chrześcijańskiej, mającej wszak za fundament ideę przebaczenia.
Do sprawy Mariana Jurczyka i lustracji jeszcze powrócę, gdyż grożące mi trzy lata więzienia, jakich domaga się dla mnie prokurator Agnieszka Muł, są ściśle związane z tym procesem, którego pierwszych rozdziałów uznających prezydenta Jurczyka za kłamcę lustracyjnego będziemy musieli się wstydzić przed potomnymi. Wrócę do tego, bo myślę, że czas skończyć absurdalne zmagania lustracyjne i przyszła pora na uchylenie tej idiotycznie zredagowanej ustawy, na dodatek realizowanej nie dla sprawiedliwości, lecz dla zemsty.
Toczy się w tej chwili inny proces, jeszcze bardziej niż ten Jurczykowy przepojony żądzą prymitywnej zemsty uzupełnionej lekceważeniem przez sądy i prokuraturę obowiązującego prawa. Mówię o wytoczonym – po kilkudziesięciu latach od chwili zdarzeń – procesie generała prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego.
Proces ten toczy się na podstawie niewolnego od prawnych błędów i braków aktu oskarżenia, pełnego sprzeczności i mijania się z prawdą. Niestety, nikt w Polsce – myślę o sądach, władzach prokuratorskich i o Ministerstwie Sprawiedliwości – nie ma odwagi stanąć po stronie sprawiedliwości – dotyczy to także mediów. Wszyscy moralnie i prawnie zobowiązani do skrupulatnego przestrzegania zasad sprawiedliwości ustępują przed wymienioną na początku tego tekstu żądzą zemsty.
Akt oskarżenia jest nieuczciwie jednostronny. Prawo stanowi o konieczności przestrzegania zasady bezstronności w konstruowaniu aktu oskarżenia. W tym akcie oskarżenia brak wskazania okoliczności, na które powołuje się oskarżony w swej obronie. Ponadto oskarżyciel nie zadał sobie trudu (czy aby nie celowo?), by wykazać, dlaczego nie daje wiary dowodom przeciwnym tezom oskarżenia. Prawo wyraźnie to nakazuje. Innym absurdem tego procesu, którego będziemy musieli się wstydzić przed potomnymi i którego przebiegu nikt nie ma odwagi kontestować, jest sprawa świadków, wyglądająca na jawną sądową kpinę z wymiaru sprawiedliwości. Sąd przyjął listę świadków, nie wiem, czy spotykaną na świecie – tam, gdzie sądzą uczciwie. Przewidziano do przesłuchania przed sądem 1091 osób oraz zamierza się odczytać zeznania procesowe 2425. Razem świadczyć ma w tej sprawie 3516 zeznających dobranych w szczególny sposób, jeśli idzie o kolejność przesłuchań. Pierwszeństwo składania zeznań przyznano ofiarom cywilnym dramatycznych wydarzeń w Gdańsku i Gdyni przed, co trzeba podkreślić, 33 laty. Przesłuchania żołnierzy poparzonych w płonących czołgach czy też milicjantów rannych i okaleczonych przez wzburzonych manifestantów mają się odbywać wedle ustalonej listy, później, co służy tworzeniu specyficznej atmosfery wokół procesu. Na liście świadków nie ma w pierwszej kolejności nazwisk milicjantów poranionych z broni palnej. Nie ma też na tych listach nazwisk bezpośrednich świadków podejmowania przez Władysława Gomułkę i Józefa Cyrankiewicza decyzji o użyciu broni. Chodzi o Józefa Tejchmę i Stanisława Kociołka, i wiele innych osób zajmujących w przeszłości ważne dla sprawy wojskowe i polityczne stanowiska. Rzecz w tym, że prezydent Jaruzelski nie wydał nigdy rozkazu używania broni palnej przez wojsko, o który jest oskarżany. Istnieją natomiast jednoznaczne zeznania stwierdzające, iż wszelkie zasadnicze decyzje były podejmowane z pominięciem ówczesnego ministra obrony, którym był późniejszy prezydent Rzeczypospolitej Wojciech Jaruzelski.
Do listy błędów dołącza się zarzut oskarżonego o sfałszowanie przez prokuratora dat istotnych dla procedury sądowej, na co są wyraźne dowody. Spór w tej sprawie dotyczy ważnej kwestii: mianowicie przyjęta przez Polskę Konwencja o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności, uchwalona przez Radę Europy, stanowi wyraźnie w art. 2 p. 2, iż „Pozbawienie życia nie będzie uznane za sprzeczne z tym artykułem (chodzi o prawo do życia każdego człowieka – przyp. AM), jeżeli nastąpi w wyniku bezwzględnie koniecznego użycia siły:
a) w obronie jakiejkolwiek osoby przed bezprawną przemocą,
b) w działaniach podjętych zgodnie z prawem w celu stłumienia zamieszek lub powstania”.
Uważam, że istotą toczącego się procesu powinno być przede wszystkim ustalenie, czy w roku 1970 zaszły na Wybrzeżu okoliczności wypełniające te warunki, jakie konwencja Rady Europy ustanawia jako usprawiedliwienie użycia siły, która przyczyniła się do śmierci i cierpień wielu ludzi. W znanym mi akcie oskarżenia prezydenta Jaruzelskiego oraz innych obwinionych i sądzonych wraz z nim dominuje raczej tendencja do wykazania bezprawności poczynań ówczesnej władzy, ale musimy się z przebiegu procesu dowiedzieć, czy po stronie sądu i prokuratury poszukuje się rzeczywistej, rzetelnej sprawiedliwości, czy też pod wpływem „ciśnienia społecznego” szuka się zemsty, której to chęci jest pełno w szerokich kręgach prawicowej części społeczeństwa. Sąd rozpatrujący oskarżenia przeciw 80-letniemu byłemu prezydentowi RP, sybirakowi i odważnemu żołnierzowi ostatniej wojny, a potem przełożonemu Wojska Polskiego ma trudny egzamin do zdania. Egzamin z odwagi.

3 października 2002 r.

 

Wydanie: 40/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy