List otwarty do Roberta Biedronia

List otwarty do Roberta Biedronia

Szanowny panie Robercie!

Gdzieś około roku 1979, będąc we Francji, za namową przyjaciół, zresztą sam też byłem ciekaw, pojechałem do Taizé w departamencie Saona i Loara. Mieści się tam słynna chrześcijańska wspólnota ekumeniczna założona przez brata Rogera Schütza (Louisa Schütza-Marsauche’a), nietuzinkowego myśliciela, Szwajcara, syna kalwińskiego pastora, współpracownika francuskiego ruchu oporu. Po wojnie, kiedy opiekował się sierotami i ocalałymi z pobliskiego niemieckiego obozu pracy, uzyskał zgodę na korzystanie z opuszczonego kościoła katolickiego. Wraz z paroma towarzyszami (braćmi, których stał się przeorem) utworzył wokół świątyni centrum, w którym przyjmował młodzież z całego świata, by poznawała się wzajemnie, odrzucając wszelkie uprzedzenia wyznaniowe (w ramach chrześcijaństwa oczywiście – jesteśmy wszak dopiero w połowie XX w.), klasowe, rasowe, narodowościowe itd. Wkrótce Taizé stało się sztandarowym symbolem ekumenizmu i tolerancji, ściągającym coraz liczniejsze grono adeptów.

Kiedy tylko z plecakiem na karku przekroczyłem granice ośrodka, podskoczyło do mnie kilkoro młodych płci obojga (w tym, co dobrze zapamiętałem, jedna bardzo kształtna bruneteczka) i w wielu językach zaczęło się cieszyć ogromnie z mojego przybycia. Po doszczętnym wycałowaniu nieogolonych policzków dwie panienki (w tym bruneteczka) wzięły mnie za ręce i zaprowadziły w miejsce, gdzie miało być moje noclegowisko. Tutaj nakarmiły mnie treściwie i wśród kolejnych zapewnień, jak głęboką radość sprawiło im moje pojawienie, zaprowadziły do większej grupy siedzącej w krąg i trzymającej się pod ręce. Długowłosy chłopak, obficie gestykulując, z zapałem coś zebranym opowiadał (jak się zorientowałem, chodziło o pracę misjonarzy w Nigerii). Słuchający potakiwali głowami, czasami nabożnie wznosząc oczy ku wiekuistemu niebu. Kiedy młodzian skończył, Murzynka w białej sukience zaczęła śpiewać coś bardzo rzewnego. Zebrani podchwycili mruczandem (nie znali, widać, słów) i nucili wszyscy uśmiechnięci, wpatrzeni w siebie wzrokiem pełnym platonicznej, niestety, miłości. Zaczęło zmierzchać, więc rozpalono ognisko. Spowodowało to rozerwanie kręgu, gdyż część chłopców ruszyła po gałęzie na opał. Dawało to wreszcie możność wykorzystania kończyn dolnych. Wśród srebrzystego śmiechu podskakiwano wesoło lub tańczono w kółkach. Tymczasem płomienie zaczęły przygasać, aż po odśpiewaniu modlitwy młodzi ruszyli spać, życząc sobie serdecznie spokojnej i błogiej nocy. Mnie już jednak wśród nich nie było. To nic, że o tej porze nie miałem szans na autobus, a autostop (szczególnie w nocy) nigdy nie był francuską specjalnością. Zmykałem co sił, byle dalej, bojąc się tylko, żebym z przesłodzenia gdzieś się nie przylepił, i przeklinałem od czasu do czasu, sprawdzając, czy nie zapomniałem jeszcze zwykłej, ludzkiej mowy.

Z daleka ścigał mnie głos wspólnotowych dzwonów. I to jest pierwsze, jak mi się wydaje, niebezpieczeństwo, jak sama nazwa wskazuje, Wiosny, panie Robercie. Prezentować optymizm i uśmiech w naszym ponuro-nienawistnym społeczeństwie to rzecz cenna. Tyle że czasem usilne ich manifestowanie tylko krok dzieli od mało znośnego rozkoszniactwa. Istny balans na cienkiej linie. Wierzę, że odkryje pan w sobie niezbędne mistrzostwo linoskoczka.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 11/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Wydanie: 11/2019

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Komentarze

  1. ireneusz50
    ireneusz50 11 marca, 2019, 11:09

    w końcu niemiaszki mu za coś płacą, widocznie za to słodzenia, ja bym sie jednak tyłem do pana Biedronia nie odwracał.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy