Co wolno wojewodzie…

Co wolno wojewodzie…

Podobno przysłowia są mądrością narodu. Niektórzy to porzekadło tłumaczą tak, że mądrość ta polega na tym, że na każdą okazję lud ma dwa przeciwstawne przysłowia. W zależności więc od potrzeby można zawsze sięgnąć po to przysłowie, które akurat w danej chwili jest bardziej przydatne. Zdaje się, tak jest w istocie. Mamy np. przysłowie: „Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”, co ma pokazywać, jaka to była szlachecka równość. Ale mamy też inne przysłowie: „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”, pokazujące, że o żadnej równości między szlachcicem na zagrodzie a magnatem wojewodą mowy być nie może i że w razie czego wojewodzie wolno więcej. Wydaje się, że z tych dwóch przysłów, z bogatej ich skarbnicy klasa polityczna (zwana swego czasu przez Donalda Tuska „próżniaczą”) wybrała zdecydowanie to drugie.
Zdarza się więc sędziom, prokuratorom i posłom „jeździć na immunitet”. Złapani na wykroczeniu drogowym spokojnie pokazują policjantom legitymację i… jadą dalej.
Przyzwyczajenia nabyte w kraju próbują czasem realizować za granicą, ale to może się skończyć źle, jak przekonał się o tym swego czasu były poseł, a niedoszły „premier z Krakowa” na pokładzie samolotu Lufthansy.
Jak się dowiadujemy ze śledztwa w sprawie smoleńskiej tragedii, w prezydenckim samolocie, w czasie schodzenia do lądowania, kiedy to wszystkie urządzenia elektroniczne, a szczególnie telefony komórkowe muszą być wyłączone, o czym wyraźnie poucza się pasażerów, bo zakłóca to pracę urządzeń pokładowych, kilkanaście telefonów było czynnych! Czyli kilkanaście procent późniejszych ofiar tragedii zlekceważyło wyraźny zakaz, którego stewardesy nie umiały czy nie śmiały od pasażerów wyegzekwować. Nie śmiały upominać swych przełożonych i towarzyszących im dygnitarzy. Być może te włączone wbrew instrukcji telefony nie miały związku z przyczyną tragedii, ale pokazują, jak politycy lekceważą zakazy i nakazy prawa i jak ich urzędnicy boją się od nich egzekwować przestrzeganie przepisów.
Jeden z tygodników opisuje zdarzenie zdumiewające. Już po tragedii smoleńskiej, by zabrać na pokład jednego z ministrów, jak-40 z tegoż nieszczęsnego 36. pułku lądował na nieczynnym lotnisku, z pustą wieżą kontrolną, a następnie wziąwszy ministra na pokład, znów z nieczynnego o tej porze lotniska wystartował. Jeśli jest to prawda, sprawa powinna zakończyć się nie tylko politycznym skandalem, ale wręcz sprawą karną.
Niczego nas tragedia smoleńska nie nauczyła?
Pogodziliśmy się już z tym, że wojewodzie wolno więcej, ale przecież nie wszystko! Nie ma prawa narażać życia ani zdrowia innych ludzi, ani państwa polskiego na straty materialne. A wszystko wskazuje na to, że naraził.
To nie obrażana, nazywana „postkomunistyczną” lewica, ale prawica sięgnęła do najlepszych wzorów z czasów PRL, gdzie sekretarzom też wolno było więcej, a realizacja „jedynie słusznej racji” pozwalała, jeśli nie na wszystko, to w każdym razie na bardzo wiele.
Nie tak dawno słyszeliśmy, że przy robieniu rzeczy słusznych przeszkadza prawo. Pojawiło się nawet pojęcie „imposybilizm prawny”, które na równi z „wykształciuchami”, „łże-elitami” i „ścierwojadami” oraz „wszechobecnym układem” należy do swoistego języka IV RP.
Byle „wojewoda” był swój, wolno mu było więcej… A jeśli „walczył z układem”, wolno mu było wszystko. Prawie jak szeryfowi na Dzikim Zachodzie.
Przed wojną znany był przypadek, gdy prezydent Mościcki wystąpił do Ministerstwa Spraw Wojskowych, by awansowano jego adiutanta. Prezydentowi odpisał odmownie jakiś major z departamentu personalnego. Prezydent nie zbeształ majora, nie przypomniał mu, że to on jest zwierzchnikiem Sił Zbrojnych, tylko z pokorą przyjął do wiadomości, że awansowanie adiutanta ze stopnia podporucznika na stopień porucznika w świetle obowiązujących przepisów w tym czasie nie było możliwe.
Rzecz nie tylko w kulturze osobistej i klasie prezydenta Mościckiego. Major z departamentu wojskowego dobrze wiedział, że ma prawo tak odpisać prezydentowi, co więcej, wiedział, że za tę służbistość w wojsku może go czekać jedynie nagroda, a nie przykre konsekwencje.
Mógł też być pewien, że nikt nie napisze na niego doniesienia do prokuratury, że odmówił wykonania polecenia zwierzchnika Sił Zbrojnych, ani nie złoży pełnej oburzenia interpelacji w sprawie jego rzekomej bezczelności. Bo przy wszystkich swoich, wcale licznych, ułomnościach taka była II Rzeczpospolita.
Tym, którzy dziś są przekonani, że tę II RP naśladują, po pierwsze, brak klasy, po drugie, talentu. Potrafią co najwyżej zbudować jej anachroniczną karykaturę, której gotowi byli nadać numer IV. Teraz znów spróbują. Wciąż mam nadzieję, że im się nie uda.

Wydanie: 20/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy