Zdążył przed Kulikowem

Z dużym zgorszeniem patrzyłem na kolejne wybryki młodych republikanów, którzy w dniu rocznicy stanu wojennego pajacowali przed willą Prezydenta Jaruzelskiego na Mokotowie. Głuptaki, nie zdają sobie sprawy z oczywistego dla wielu ludzi w Polsce faktu, iż sporo z tych pajaców nigdy by zapewne się nie urodziło, gdyby nie właśnie stan wojenny, który uratował życie ich rodziców, a te świeczki, które z głupawymi minami palą na ul. Ikara, musiałyby płonąć na niezliczonych grobach solidarnościowców poległych od sowieckich kul.
Wróciłem świeżo z Rosji i tam spotkałem ludzi, którzy niejedno mi opowiedzieli o możliwym przebiegu interwencji sowieckiej, gdyż pełnili w tym czasie „stosowne” funkcje kontrolno-obserwacyjne na terenie państwa polskiego. Nie mamy i – jak sądzę – wcale nie chcemy mieć prawdziwej historii przełomu ustrojowego z lat 80. Nasi utytułowani profesorskimi zaszczytami autorzy opisujący tamte lata to raczej eseiści polityczni o prawicowych poglądach i minimalnej dociekliwości historycznej.
Nie należę do wielbicieli stanu wojennego, gdyż omal nie przypłaciłem go życiem. Kosztowały mnie te igraszki polityczne Polaków dość drogo, gdyż doznałem na dziedzińcu więzienia w Białołęce zawału serca i gdyby nie życzliwa pomoc prowadzonego wraz ze mną Stefana Kawalca i pewnego strażnika więziennego pewnie bym tam, na tym dziedzińcu, pozostał aż do czasu usunięcia moich zwłok. Strażnik odebrał mi ciężki bagaż, który musiałem dźwigać przy zmianie pawilonu więziennego, a Stefan pomógł już w nowym miejscu rozebrać się, położyć i odetchnąć. Gdy następnego dnia zameldowałem się u lekarza więziennego, ten bez badania ofuknął mnie, że zawał nie tak wygląda i żebym mu głowy nie zawracał. Ta diagnoza sprawiła, że później przebywając w dość komfortowych warunkach w obozie dla internowanych w Jaworzu – gdzie mieliśmy znakomitą i bardzo nam życzliwą opiekę lekarzy wojskowych – nie zgłosiłem owego incydentu w Białołęce i dopiero po wyjściu na wolność znakomita pani kardiolog, dr Anna Sulikowska, stwierdziła, iż niedawno musiałem przebyć zawał serca. Skończyło się ciężką operacją serca w cudownym szpitalu w Aninie i jakoś żyję.
Opisuję te wydarzenia, by przekonać czytelników, że moje „odrębne stanowisko” w sprawie stanu wojennego płynie nie z powszechnej zgody sporej części naszego narodu na akceptację tego tragicznego wydarzenia, jakim był niewątpliwie stan wojenny, lecz jest uwarunkowane sporym zasobem wiedzy nabytej w różny sposób, a pogłębionej ostatnio rozmowami w Rosji.
Nie wiem dlaczego, i to jest właściwie moje zasadnicze pytanie do arcyuczciwego uczonego, za jakiego uważam prof. Kieresa, szefa Instytutu Pamięci Narodowej, dlaczego zatem do tej pory instytut nie podjął tematu narzucającego się z całą siłą faktów mających miejsce. Można by ten temat nazwać jakoś tak: „Jak to się wydarzyło, że gen. Jaruzelski zdążył przed Kulikowem?” – bo to jest przecież dla poważnych i uczciwych historyków problem zasadniczy.
Mam dom prawie na samej granicy białoruskiej. Byłem tam tuż przed stanem wojennym i wiem, że obok doszło do ogromnej koncentracji zmotoryzowanych wojskowych sił armii radzieckiej. Było słychać te silniki w okolicy głuchej zazwyczaj i spokojnej. Co tam robiły? Na co czekały? Co robili oficerowie radzieccy w wagonach kolejowych na terenie wojskowym obok Warszawy, którzy teraz jawnie dosyć opowiadają, jakie mieli zadania?
Co wreszcie robił sam gen.ł Kulikow, który siedział na obrzeżach Warszawy i nawet nie zatelefonował do ówczesnego premiera, by ujawnić swoją obecność, a potem wyjechał po kryjomu, by wiele lat później w Jachrance na konferencji naukowej robić zdziwione miny? Interwencja? Jaka interwencja? Nic takiego nie mieliśmy w głowie.
Nie ulega wątpliwości, że gen. Jaruzelski, zarządzając poniekąd straceńczo dla swej przyszłości ów stan wojenny, wyprzedził przygotowywany atak gen. Kulikowa. Stąd tytuł felietonu mówiący o zdążeniu przed Kulikowem. Generał zdążył. Gdyby nie jego determinacja, Polska pokryłaby się milionem grobów ofiar nowego najazdu sowieckiego. Tam należałoby palić świece, nie na Ikara, której to ulicy mieszkaniec też zapewne padłby od kuli osądzony przez wojenny trybunał Armii Czerwonej.
Zastanawia mnie zawsze swoista wyrozumiałość Polaków wobec Józefa Piłsudskiego, którego zniecierpliwienie politycznym rozgardiaszem w Polsce zaowocowało zamachem majowym. W trakcie tych politycznych zmagań straciło życie aż 400 osób, żołnierzy i cywilów. Czemu nikt nie latał pod Belweder w majowe wieczory palić zniczy pod oknami marszałka? 400 osób. Kilkanaście razy więcej, niż straciło życie w związku z działaniami stanu wojennego. I co? I nic! Cisza. Ulice imienia marszałka, kopiec na Sowińcu, trumna na Wawelu, grube to apoteozy. Czyżbyśmy byli aż tak głupim narodem, że dzielimy oczywiste zbrodnie na te dobre i słuszne i na te godne potępienia? Na to wychodzi.
Nie namawiam nikogo do atakowania pamięci marszałka. Zrobił dla Polski zbyt wiele dobrego przed zamachem majowym, by go teraz dręczyć. Poddaję pod rozwagę tylko pewne fakty.
Jedno, co mnie pocieszyło, to fakt, że znalazła się grupa młodzieży, która miała odwagę przyjść pod willę Prezydenta Jaruzelskiego i jawnie stanąć w jego obronie. Szkoda, że pojawił się tak późno ten ruch obrony zasłużonego żołnierza, nie jakiegoś błazenka z ław sejmowych, zdobywającego popularność głupimi pytaniami w Komisji Śledczej – ale autentycznego zesłańca syberyjskiego i odważnego frontowego oficera. Generałowi potrzebne są takie gesty odwagi w jego obronie. Polska scena polityczna robi się rozpaczliwie głupia, politykę opanowali karierowicze. Ci z prawicy są szczególnie wrzaskliwi. Dla dobra swoich partii nie zawahają się przed żadnym świństwem.

14 grudnia 2003 r.

 

Wydanie: 52/2003-1/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy