Ze Ściany Wschodniej

Ze Ściany Wschodniej

W zazwyczaj dobrze przed wyborami poinformowanych kołach Krasnobrodu i Zwierzyńca tym razem żadnej prognozy nie można się doprosić. Pytani odpędzają od siebie ten temat jak uprzykrzoną muchę. A przecież inaczej dawniej bywało. W roku 2001 wymowna niewiasta zdominowała grillujące towarzystwo, zapowiadając, że „teraz przyjdzie Miller, zobaczycie”. Dwa lata temu w ogródkach piwnych wieszczono przyjście Ziobry i wiele sobie po tym młodzieńcu obiecywano, zarówno w Krakowie, jak na Ścianie Wschodniej. Prawda, że były rozterki, ale niewielkie – mąż rolnik optował za Samoobroną, jego małżonka za PiS-em. Dziś nic nie pozostało z tej pewności sądu, przekonania zmącone, przeczucia niejasne i nawet moherowe berety pozostają w kłopotliwej niepewności. Teraz wydaje się, że wynik wyborów nie zależy od ludzi, lecz od zręczności propagandystów. A ponieważ poza ekipą Kaczyńskich nikt się zdolnościami propagandowymi popisać nie potrafi, więc wniosek jest jasny. Nie ma przedwyborczych namiętności, bo nie ma czym się przejmować: zostało już przesądzone, że rządzić będą Kaczyńscy, sami lub z Platformą Obywatelską. Optymiści oraz pesymiści zgodnie przewidują, że już nie „trzech panów z PiS będzie decydować, kogo o szóstej rano zakuć w kajdanki”, lecz dojdzie do nich czwarty pan z PO. Panowie Tusk, Komorowski i inni liderzy PO nigdy nie postawili PiS-owi istotnych zarzutów, bolało ich tylko, że Kaczyńscy dobrali sobie brzydkich koalicjantów, zamiast podzielić się władzą z Platformą. Miłosierny wysłuchał ich lamentów i teraz nie widać innej możliwości niż PoPiS. Przejścia z jednej partii do drugiej są dokonywane bez krępacji i w obie strony. Niedawny minister naszego wojska starszy harcerz Radek Sikorski nie mógł się zdecydować, do której z bratnich powaśnionych partii przystąpić, i czekał, która go na lepsze miejsce zaprosi. Poseł Platformy B. Komorowski podczas debaty nad rozwiązaniem Sejmu straszliwy cios zadał Prawu i Sprawiedliwości: „Miało być solidarnie, tylko że Antek Mężydło jest z nami, człowiek dzielny, człowiek z „Solidarności”, a u was jest sędzia Kryże”. Nie wiem, kto to jest Antek Mężydło i czy rzucony na szalę rzeczywiście przeważy sędziego Kryże, zmiany poglądów to przejście z PiS-u do partii Komorowskiego chyba go jednak nie kosztowało. Muszę przyznać, że wspomniane na początku dobrze poinformowane koła z obrzeży Puszczy Solskiej jakąś różnicę między PiS-em i PO jednak wyczuwają i jeśli pójdą do urn, to z pewnością nie po śladach Antka Mężydło.
O partii LiD nikt tu nie słyszał, a może ktoś słyszał, ale nie zapamiętał. Wiadomo coś niejasno, że Aleksander Kwaśniewski jest twarzą jakiejś partii, ale pewne jest tylko to, że ma tajne konto w szwajcarskim banku. Pamięć o SLD nie zanikła, niektórzy pamiętają nawet Unię Wolności. Dla LiD-u będzie lepiej, jeżeli elektorat nie dowie się, że w skład tej kombinacji wchodzi SLD i Unia Wolności pod pseudonimem Partii Demokratycznej. Jak w całej Polsce tak i tutaj wyborcy tych partii są sobie najbardziej obcy, nie lubią się i mają najsprzeczniejsze interesy symboliczne. SLD-owski wyborca prędzej zagłosuje na PiS niż na koalicję z udziałem Unii Demokratycznej i podobnie postąpi były wyborca byłej Unii Wolności, jeżeli będzie miał przed sobą listę z przymieszką „postkomunizmu”. Zbratanie towarzyskie na górze nie pociągnęło za sobą zbliżenia politycznego na dole. Nikt się zresztą o takie zbliżenie nie starał. Liderzy SLD są przekonani, że w jakiekolwiek powiązania wejdą, cokolwiek oświadczą, dotychczasowi zwolennicy na nich zagłosują, bo nie będą mieli innego wyjścia. Niektórzy jednakże suponują, że inne wyjście się znajdzie, i to bardzo przyjemne: w dniu wyborów pozostać w domu.
Absencjoniści będą w tych wyborach partią najliczniejszą, a największą jej część będzie stanowić lewica, czyli obywatele drugiej kategorii. LiD nie powiedział ani nie zrobił niczego, co mogłoby lewicowy elektorat pobudzić emocjonalnie, skonsolidować czy choćby tylko ogólnie zainteresować. Niechby tylko wstrzymał się ów LiD od obrażania ludzi lewicy, ale i to nie. Oświadcza w swojej deklaracji programowej, że Polska odzyskała niepodległość dzięki „Solidarności” w 1989 r. Każdy więc, kto przed tą datą działał w życiu publicznym i coś znaczył na górze lub na dole, był kolaborantem i sprawiedliwe jest, aby pion prokuratorski IPN ścigał go, jeśli POPiS zechce, za „zbrodnie komunistyczne”. Tę deklarację ułożyli i podpisali m.in. liderzy SLD, którzy również mogą znaleźć się w kręgu zainteresowań owego pionu prokuratorskiego.
Między liderami SLD a wyborcami lewicowymi zachodzi taka różnica, że ci pierwsi byli bardzo zadowoleni z karier, jakie porobili w III RP, a ci drudzy przez cały okres tej III RP byli spychani na niższy poziom w hierarchii społecznej, zawstydzani, oczerniani, nierzadko prześladowani i jawnie dyskryminowani; nie wolno im było de facto, podobnie jak obecnie, zajmować wielu stanowisk w państwie. I teraz wierchuszka SLD oczekuje, że staną oni razem z nią w obronie III RP. LiD nie tylko nie obiecuje, że będzie bronił ludzi lewicy przed prześladowaniami, ale wysuwa na czoło swojego programu zasadę, która zachęca do takich prześladowań i daje im ideologiczną podstawę.
Kto broni takiego czy innego polityka lewicy, naraża się, że bardzo szybko zostanie przez niego zdezawuowany. Aleksander Kwaśniewski udzielił wywiadu niemieckiemu czasopismu, w którym wypowiedział zasadniczo słuszne poglądy. Zauważył m.in., że wobec tego, co w Polsce wyczynia partia Kaczyńskich, Niemcy (w domyśle: Europa Zachodnia) nie mogą nie rewidować poglądów, jakie na temat Polski powzięli kilka czy kilkanaście lat temu. Przecież jednym z powodów opowiedzenia się Polaków za związkami z Europą była nadzieja, że pomoże ona im się rządzić i utrzymać demokrację. Polacy mają wiele wad, ale trzeba im przyznać tę zaletę, że są tego świadomi i wiedzą, że pozostawieni sami sobie nie potrafią dobrze się rządzić. Ostatnio postępowanie rządzących oraz dziennikarzy wobec Niemiec jest wprost aberracyjne i Niemcy nie powinni dać sobie mydlić oczu specjalnie dla nich ustanowioną poprawnością polityczną ani przestraszać się wspomnieniami wojny i nie widzieć tego, co się w Polsce dzieje, ponieważ jest to szkodliwe i dla nich, i dla nas. Zgłupienie antyniemieckie nie jest zresztą tylko przypadłością braci Kaczyńskich. W „Gazecie Wyborczej” (11.IX) były kanclerz Gerhard Shröder, który tak wiele zrobił dla polskich interesów, został w tytule komentarza złośliwie przezwany „czynownikiem”. Każdy Niemiec, polityk czy dziennikarz, który naruszy słownie jakieś polskie umowności, spotyka się w Warszawie z ordynarnymi obelgami. Dla jakiego wyższego dobra Niemcy mają tego nie widzieć i na to nie reagować?
Aleksander Kwaśniewski przeprosił za swoje słuszne (choć niedopowiedziane do końca) poglądy. Przepraszanie to jego wunderwaffe w wojnie na słowa. W staraniach o głosy wyborców jest ona bezużyteczna.

Wydanie: 38/2007

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy