Nerwowy tydzień

Nerwowy tydzień

Za kilka dni sprawa będzie jasna. W niedzielę wieczorem Polacy dowiedzą się, kto będzie „najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej i gwarantem ciągłości władzy państwowej”. Kto będzie „czuwał nad przestrzeganiem Konstytucji, stał na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium”. Tak rolę prezydenta określa konstytucja. W niedzielę wieczorem Polacy dowiedzą się, kogo wybrali na ten najwyższy i najbardziej honorowy urząd w państwie. Wynik pierwszej tury wyborów nie pozwala na wskazanie faworyta. Niespełna 5% przewagi Bronisława Komorowskiego nad Jarosławem Kaczyńskim w pierwszej turze wcale nie gwarantuje temu pierwszemu zwycięstwa.
Wiele zależy od tego, jak zachowają się wyborcy Grzegorza Napieralskiego. Jaki ich procent pójdzie głosować w drugiej turze i jak zagłosują ci, którzy pójdą.
Nieliczni wyborcy Olechowskiego, o ile nie wyjadą na wakacje, w drugiej turze zagłosują zapewne na Komorowskiego, Kaczyński ma raczej zapewnione głosy wyborców Marka Jurka. Trudno przewidzieć, jak zachowają się wyborcy Korwin-Mikkego. Wynik wyborów wcale nie jest pewny. Kaczyński nie zbierze o wiele więcej głosów, niż zebrał w pierwszej turze, ale jego elektorat jest zdyscyplinowany i nie tak powszechnie jak elektorat Komorowskiego jeździ na wakacje. Poza tym Kaczyński może być pewien poparcia Kościoła. To ostatnie może przybierać bardzo różne formy. Od bezpośredniego nawoływania z ambon po bardziej subtelne. Np. rozprowadzana teraz w kościołach książka o błogosławionym Jerzym Popiełuszce ma tytuł „Prawy i sprawiedliwy”.
Dobry wynik wyborczy Napieralskiego, porównywalny z wynikiem, jaki LiD uzyskał w ostatnich wyborach parlamentarnych, o odrodzeniu lewicy, wbrew temu, co zdają się sądzić niektórzy działacze i publicyści, nie świadczy. Niemniej jest to pewien kapitał, który można równie dobrze zainwestować lub roztrwonić. Przez najbliższy tydzień Napieralski będzie kokietowany zarówno przez Kaczyńskiego, jak i Komorowskiego. Jeden i drugi chciałby przyciągnąć wyborców Napieralskiego. Ale ten romans jest na krótko. Po drugiej turze wyborów się skończy. Może jeszcze Napieralski być kuszony do wejścia przez SLD w koalicję z PO i zastąpienia w niej PSL. To prawdopodobne, bo nie wiadomo, co się wydarzy w PSL po fatalnym wyborczym wyniku Pawlaka. Ale być może nie wydarzy się nic i wszystko zostanie po staremu. Ale czy rola koalicjanta PO, a praktycznie jej wasala, to cel dla dzisiejszego SLD? Czy przyspieszy odbudowę polskiej lewicy i zwiększy jej wpływ na losy Polski i Polaków w perspektywie nie kilkunastu miesięcy, które zostały do wyborów parlamentarnych, ale w perspektywie wielu lat? Bo to wydaje się podstawowym zadaniem stojącym przed SLD i jego przewodniczącym. Słabsi koalicjanci zawsze dotąd tracili na koalicjach.
Wyniki pierwszej tury wyborów potwierdziły podział sceny politycznej istniejący od 2007 r. Kandydaci PO, PiS i SLD uzyskali prawie identyczne poparcie, jakiego wyborcy udzielili tym partiom w jesiennych wyborach do Sejmu. Tylko wynik Pawlaka jest dużo gorszy od wyniku, jaki w ostatnich wyborach osiągnęło PSL. Czy nie jest to efekt uczestniczenia w koalicji z o wiele silniejszą PO? Będą się nad tym zapewne zastanawiać liderzy tej partii, ale byłoby chyba dobrze, gdyby zastanowił się nad tym lider SLD i przyjął to jako przestrogę przed ewentualnymi pomysłami koalicyjnymi.
Napieralski niewątpliwie umocnił swą pozycję w SLD, gdzie jak wiadomo, od samego początku jego przywództwo było kontestowane przez część działaczy, w tym znaczącą część klubu poselskiego. Dziś jego pozycja zarówno w Klubie Lewica w Sejmie, jak i w partii jest niekwestionowana. Muszą to uznać nawet najwięksi malkontenci. Mając uporządkowane zaplecze i spokój w szeregach SLD, Napieralski ma szansę zrobić krok następny. Zapoczątkować jednoczenie lewicy czy centrolewicy wokół SLD. Budowanie federacji rozmaitych środowisk centrolewicowych, zrzeszonych w różnych stowarzyszeniach, klubach czy fundacjach. Jest ich w Polsce wiele. Taką rolę federalizującą organizacje i środowiska lewicowe odegrała w przeszłości SdRP. Wariant wydaje się możliwy do powtórzenia.
Ze sceny politycznej po tych wyborach, a już na pewno po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych zniknie kilka partii politycznych, których resztówki jeszcze próbowały jakoś w polityce zaistnieć. Już teraz nie stanowią one dla dużych partii żadnej wartości nie tylko jako potencjalny koalicjant, ale nawet jako wasal. Ostatni optymiści stracili też chyba nadzieję, że uda się zbudować jakąś nową formację lewicową czy centrolewicową bez SLD.
Ale jednoczenie lewicy wymaga zarówno od lidera, który takie zadanie podejmie, jak i od tych, którzy w tym przedsięwzięciu zechcą brać udział, pewnej klasy. Trzeba przełamać osobiste urazy, trzeba zapomnieć o rozmaitych zaszłościach i wspólnie pomyśleć, co można jeszcze razem zrobić.
A można wiele.
Niezależnie od tego, czy drugą turę wygra Komorowski, czy Kaczyński, potwierdzi się, że Polska jest podzielona na pół. Ale wbrew pozorom pokazuje to także, że jest miejsce na trzecią siłę, która musi Polaków przekonać, że Polska jest jedna. Jedna dla wszystkich. Dziś tą trzecią siłą może być SLD, pod warunkiem że potrafi się obudować nie innymi lewicowymi partiami politycznymi, bo takich już nie ma, ale wcale licznymi środowiskami, które są przeciwne rządom prawicy: zarówno tej liberalno-konserwatywnej, jak i narodowo-katolickiej. Może gdy opadną powyborcze emocje, przyjdzie czas na okrągły stół lewicy? Taki „stół” zwołać mogą, jak sądzę, tylko dwie osoby: Aleksander Kwaśniewski i Grzegorz Napieralski. A z okrągłym stołem i jego konsekwencjami łączy się nieodparcie inne pojęcie: gruba kreska. Tej grubej kreski polskiej lewicy potrzeba.
Ale najpierw druga tura wyborów. Wielu wyborcom lewicy żaden z kandydatów nie wydaje się bliski i godny poparcia. To prawda. Ale Komorowski nie jest niebezpieczny dla demokracji, Kaczyński jest. Dlatego wybór wydaje się prosty.

Wydanie: 26/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy