Sfera publiczna kontra kurs na prywatę

Sfera publiczna kontra kurs na prywatę

Oceniając zmiany, jakie zaszły w społeczeństwie polskim minionych 20 lat, politycy i media zwykle mówią o przekształceniach polskiej gospodarki i zmianach politycznych. Natomiast mniej mówi się o zmianach w wymiarze społecznym i stosunkach międzyludzkich. Brak czasu na spotkania ze znajomymi, zabieganie wokół prywatnych spraw i obojętność na kwestie publiczne, słabnące więzi społeczne – to tylko niektóre przejawy osłabiania wspólnoty obywatelskiej i zmian charakteru kontaktów międzyludzkich w „realnym kapitalizmie”.
Jak zauważył brytyjski historyk Eric Hobsbawm, „nigdy słowo „wspólnota” nie było tak chętnie używane i tak pozbawione znaczenia jak w dekadach, kiedy wspólnotę w sensie socjologicznym trudno było znaleźć w realnym życiu”.
W czasie odbywającej się we Wrocławiu konferencji pt. „XX lat samorządu terytorialnego” padły głosy wskazujące, że demokracja lokalna często jest tylko demokracją formalną, ponieważ trudno jest mówić o istnieniu silnej wspólnoty obywatelskiej.
Bez wspólnej przestrzeni publicznej budowanie odpowiedzialności za wspólne dobro jest niemożliwe. Bez wspólnoty obywatelskiej demokracja istnieje tylko na poziomie formalnym, ale nie występuje w realnym, codziennym życiu.
W kraju, którego elity władzy będą obchodziły niedługo 30. rocznicę powstania ruchu społecznego „Solidarność”, jedną z największych porażek minionych 20 lat jest bardzo niska aktywność obywatelska oraz brak żywej tkanki społecznej.
To, co stanowi jeden z ważniejszych powodów odwracania się od aktywności obywatelskiej w polskich warunkach, to właśnie zanik wspólnej dla wszystkich sfery publicznej. Wynika to z jednej strony z prywatyzacji problemów publicznych, będącej filozofią polityki neoliberalnej – traktowaniu problemów, które mają jak najbardziej charakter systemowy i mają przyczyny makrospołeczne, jako trosk jednostkowych, które ludzie korzystając z ofert rynkowych, powinni rozwiązywać sami na własną rękę na poziomie własnej prywatności. Z drugiej strony obywatele sprowadzeni do roli biernych konsumentów sami przyjmują w społeczeństwie rynkowo-kapitalistycznym indywidualne, a nie kolektywne i zbiorowe strategie rozwiązywania swoich problemów.
Tę tendencję dodatkowo wzmacnia pogłębiający się proces podziałów i nierówności socjalno-ekonomicznych. Ludzie sukcesu nie potrzebują wspólnoty, ponieważ przyjmując strategie indywidualistyczne, mogą zapewnić sobie zdolność samostanowienia. Natomiast ludzie biedni czują się często zbędni i chowają się ze swoją biedą w skorupie prywatności jako niepotrzebni na forum publicznym.
O ile pierwsi unikają sfery publicznej, bo jest im to niepotrzebne, o tyle drudzy uciekają ze świata społecznego ze wstydu i z powodu uznania swojej pozycji społecznej za osobistą porażkę.
Jak pisze niemiecki socjolog Ulrich Beck, „nowe ubóstwo chowa się więc we własnych czterech ścianach i mimo że fakt ten ma charakter jawnego skandalu, jest aktywnie ukrywane. Nie wiadomo, co jest gorsze – zostać odkrytym czy pozostać w ukryciu, być zmuszonym do przyjmowania pomocy czy dalej znosić biedę. Mamy tylko liczby. Nie wiemy jednak, kim są kryjący się za nimi ludzie. Mamy jedynie ślady, jak wyłączony telefon, niespodziewane wystąpienie z klubu”.
Skutkiem tego jest powstawanie w polskich miastach „społeczeństw dwóch prędkości”: przejawia się to tworzeniem wyizolowanych przestrzeni dzielnic lepszych i gorszych; bogatych osiedli zamkniętych i smutnych osiedli ubóstwa, enklaw i gett. Natomiast na poziomie kraju i regionów „rozwój społeczeństw dwóch prędkości” przejawia się przede wszystkim pogłębianiem się podziałów na „centra” i „peryferia”: zapóźnione peryferia, które oferują tanią siłę roboczą, i centrum, które przyciąga inwestycje, ma lepszą infrastrukturę i większą siłę nabywczą. Model „dwóch prędkości” w skali globalnej utrudnia modernizację kraju.
Jak zauważył prof. Marek Szczepański, „dawniej przemieszane porządki biedy i bogactwa oddziaływały na siebie nawzajem – przykład bogatego mieszczaństwa i jego stylu życia hamował rozwój wielu patologii wśród warstw uboższych, obcowanie zaś z kłopotami codziennej egzystencji tych, którym się gorzej powiodło, budziło u lepiej sytuowanych odruchy solidarności i chęć pomocy. Dzisiaj enklawy dobrobytu pozwalają zamknąć się w bezpiecznej przestrzeni, gdzie zawsze jest dobra pogoda. Nawet niebo jest bardziej niebieskie na zdjęciach enklaw dobrobytu. Nad gettami biedy niebo jest tak samo szare jak wszystko wokół”.
Im większa prywatyzacja przestrzeni publicznej, tym większe podziały i izolacja. Im mniej wspólnych spraw, tym bardziej zwycięża strach i bezsilność wobec władzy. Bez rozbudowanej sfery publicznej demokracja więdnie.
Ale silna sfera publiczna nie może obejść się również bez skutecznych służb publicznych – dostępnej dla wszystkich służby zdrowia, sprawnych i niezawodnych służb ratunkowych i dobrych szkół publicznych. Dopóki długie czekanie na karetkę pogotowia będzie stanowiło w Polsce regułę, dopóty zaufanie do sfery publicznej będzie bardzo niskie. I nie zmienią tego propagandowe zaklęcia rządu Donalda Tuska o wzroście gospodarczym, z którego niewiele wynika dla zwykłych ludzi.
Rozbudowana sfera obywatelska potrzebuje również silnych i niezależnych mediów lokalnych, które ożywiają debatę publiczną. Dziś często skazani jesteśmy tylko i wyłącznie na płytki przekaz komercyjnych mediów elektronicznych.
Warto bronić sfery publicznej, bo prywatna strategia nie rozwiąże wspólnych dla nas wszystkich problemów. Społeczeństwo to nie suma odizolowanych jednostek, którymi można łatwo manipulować. Społeczeństwo to sieć wzajemnych relacji, która jest w stanie podkopywać skostniałe struktury oficjalnego porządku, jeśli nie spełnia on społecznych oczekiwań.

Wydanie: 23/2010

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy