Wojnie – NIE

Wojnie – NIE

O wojnie powiedziano już wszystko, a jakby nie powiedziano nic. O wojnie wiemy wszystko, a zupełnie jakbyśmy nie wiedzieli niczego. Przeciw wojnie powiedziano już tyle razy: nigdy więcej, a nie dotarło. Ta wojna nie jest inna od pozostałych. Ta wojna jest podręcznikowa. Mimo to do ostatniego ranka nie wierzyłem, że wybuchnie, że tak można, że tak blisko, że dotknie ludzi, których znam, że uderzy w tych, którzy żyją obok nas, pracują, studiują, kochają się. Ta wojna mnie obezwładnia, nie chcę czytać książek o tej wojnie, kiedyś, po latach. Po prostu chciałbym, żeby jej nie było. Żeby ta wojna – i każda inna – była niemożliwa, niewyobrażalna, nieprzeprowadzalna, niewybuchalna. Bo nie ma takiego problemu, którego nie da się rozwiązać inaczej. A wygląda na to, że wojny nie da się po prostu rozwiązać, że jest żywiołem, że jest potężniejsza od każdego, każdej z nas osobno i od wszystkich razem. Że nie zwraca uwagi na protesty, niby liczne, ale liche. Być może najważniejszy głos płynie z samej Rosji, od tych, którzy mają odwagę i niewykalkulowane racje, kiedy wychodzą wykrzyczeć: NIE w moim imieniu. Niet wojnie! Czy jak ta garstka pograniczników na niczemu niesłużącej, nikomu niepotrzebnej, zapomnianej, maleńkiej Wyspie Węży, którzy na ultimatum rosyjskiego okrętu odpowiedzieli: Idite na choj.

Jeden z najwybitniejszych pisarzy ukraińskich, 62-letni Jurij Andruchowycz, przed kilkoma dniami opowiadał, że kiedy wybuchnie wojna – pójdzie do partyzantki. Kiedy tłumacz Rilkego mówi takie rzeczy – wieje grozą. Podobno w rozmowie z gładkim polskim dziennikarzem, już po rosyjskiej agresji, na pytanie, co by powiedział Putinowi, gdyby go spotkał, odparł: „Zabiłbym go”. Na drążenie, żeby jednak powiedział, co by powiedział, zareagował krótko: „Co tu mówić”. Co tu mówić – to być może powszechne odczucie. Słowa milkną, przestają znaczyć, kiedy wybuchają bomby, kiedy nadlatują rakiety, kiedy strzelają czołgi, kiedy ludzie kryją się na stacjach metra, jak w 1941 r.

W tej bezradności czytam Słonimskiego, w kółko.

 

Ten jest z ojczyzny mojej

 

Ten, co o własnym kraju zapomina.

Na wieść, jak krwią opływa naród czeski,

Bratem się czuje Jugosłowianina,

Norwegiem, kiedy cierpi lud norweski,

 

Z matką żydowską nad pobite syny

Schyla się, ręce załamując żalem,

Gdy Moskal pada – czuje się Moskalem,

Z Ukraińcami płacze Ukrainy,

 

Ten, który wszystkim serce swe otwiera,

Francuzem jest, gdy Francja cierpi, Grekiem –

Gdy naród grecki z głodu obumiera,

ten jest z ojczyzny mojej. Jest człowiekiem

 

Kiedy jeszcze dekady temu piłem wódkę, spędziłem taką noc z Andruchowyczem, w polskich górach, w domu przyjaciół. Jurij nauczył mnie najważniejszego ukraińskiego toastu, najkrótszego, najbardziej lapidarnego: Budmo. Bądźmy.

Co można dodać? Bądźcie. Bądźmy.

Zdelegalizujmy wojnę na zawsze. Bo na taką i każdą inną wojnę nas po prostu nie stać. Mamy przed sobą zapaść klimatu, kryzys energetyczny. A w tym momencie czołgi prą na Kijów. Wielcy tego świata rozgrywają swoją chorą partię siłowania się na ukraińskiej ziemi, jednej z najbardziej doświadczonych podczas najokrutniejszej wojny światowej.

A za śmieszki z hasła „Nigdy więcej wojny” – kula w łeb. Nawet we własny.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 10/2022

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy