Wojna czy pokój?

Wojna czy pokój?

Overview

Wierzę, że historia jest rzeczywiście nauczycielką życia, a fakt, że mało kogo nauczyła, jest winą niezdolnych uczniów. Polacy są przekonani, że znają swoją historię narodową, a niektórzy cudzoziemcy utwierdzają ich w tym mniemaniu. O ilość godzin poświęconych lekcjom historii w szkole potrafi wybuchnąć spór polityczny. W rzeczywistości nawet profesorowie historii w dużej liczbie są dyletantami nieświadomymi swojego dyletanctwa, mylą przyczyny ze skutkami, widzą tylko to, co im patriotyzm nakazuje widzieć. Książki o historii pisane w Polsce obecnie są podobnie mało wiarygodne jak pisane pod kontrolą cenzury w PRL. Nawet dobre książki cierpią z tego powodu, bo nieufny czytelnik czyta je podejrzliwie. Panuje niezwykła tolerancja dla fałszu, jeśli ten fałsz jest zgodny z polityką historyczną. Amerykański historyk z odchyleniem propagandowym Timothy Snyder napisał, że po wyzwoleniu od Niemców zrobiło się w Polsce jeszcze gorzej, a wielce patriotyczny tygodnik („Do Rzeczy” czy jakoś podobnie) wydrukował to bez słowa sprostowania. My, pokolenie, które jeszcze pamięta wojnę, słuchamy niemal oniemiali tego, co się o niej teraz mówi i pisze. Czesław Miłosz w reakcji na to, co w Ameryce mówiono o współdziałaniu Polaków z Niemcami w prześladowaniu Żydów, szydził (w liście do Giedroycia), że w przyszłości stanie się pewnikiem, że to Polacy są odpowiedzialni za Holokaust. I już jesteśmy w tej przyszłości. W Ameryce głosi taki pogląd szef FBI, a w Polsce rzecznik praw obywatelskich. Rząd ma specjalnego wiceministra od prostowania takich fałszów, ale co on sam ma w głowie, tego możemy się domyślić, czytając „Gazetę Polską” czy słuchając Rada Maryja. Tak jak my zejdziemy z tego świata ze swoją wiedzą, tak następne pokolenie, będące jeszcze na dalekim miejscu w kolejce do grobu, zabierze ze sobą swoje zmyślone wyobrażenia o wojnie. Nikt tu nikogo o niczym nie przekona. Istnieje jednakże różnica między nami. O ile my z całych sił pragniemy, aby wojny nie było, oni igrają z taką możliwością (chcesz pokoju, szykuj wojnę – to ich ulubiona maksyma).

Zbieg okoliczności sprawił, że stało się zadość polskim pragnieniom przynależności do zachodnich sojuszy wojskowych i gospodarczych. Jako kraj jesteśmy bezpieczni w takim stopniu, w jakim jest to możliwe, a do niedawna było to możliwe bardziej niż kiedykolwiek w historii. Nie należy się przejmować tym, co opozycja głosi uporczywie o rządzie, że psuje nasze dotąd doskonałe stosunki z Europą, że naraża Polskę na takie czy inne pogróżkowe oświadczenia Brukseli, Paryża czy Berlina, że nam nie dadzą tyle pieniędzy, ile byśmy chcieli, i do tego wszystkiego dojdzie opinia o polskiej ksenofobii, a nawet rasizmie. I że do Brukseli dołącza Watykan, który w ramach swojej Realpolitik pragnie zachować misjonarskie rewiry łowieckie w Trzecim Świecie, musi zatem prowadzić na pokaz swoją dyplomację miłosierdzia, bo w jakim położeniu znalazłby się Kościół powszechny w Afryce czy Ameryce Łacińskiej, gdyby się rozeszła wieść, że papież jest po stronie Europejczyków, a nie migrantów. To nieprawda, że Moskwa ma najlepszą dyplomację według potocznej niewiedzy. Najlepszą ma Watykan, a im dyplomacja lepsza, tym mniej wiarygodna pod względem moralnym.

Nie można zaprzeczyć, że pisowski rząd psuje opinię o Polsce za granicą, ale opinia to nie istota rzeczy. Niemcy nie dopuszczą do tego, żeby Polska odpadła od Unii. Polska powoli staje się piastowska, tzn. powiązana z Niemcami i zależna od ich gospodarki. Kaczyści kładą na fakty nienaturalne kolory, ale do spraw istotnych nie sięga ani ich intelekt, ani władza. Pozycja Polski w NATO jest nienaruszalna, stosowanie się do „europejskich wartości” nie jest tam wymagane, Brexit nie jest możliwy, z NATO wystąpić nie można, podobnie jak nie można wstąpić. To tylko z polskiego punktu siedzenia można sądzić, że wstąpiliśmy do NATO albo po intensywnych naszych staraniach nas przyjęto. Z amerykańskiego stanowiska zostaliśmy przyłączeni, znaleźliśmy się tam wskutek rozszerzenia postanowionego w Waszyngtonie. Zwężenia się nie przewiduje, bez względu na to, co zrobi rząd w Warszawie, czy będzie on pisowski czy platformerski.

Czy twierdzę, że polityka zagraniczna PiS jest bezbłędna? Przeciwnie, jest ona szkodliwa, w pewnych zakresach katastrofalna, podobnie jak polityka Platformy Obywatelskiej. Polska zajmuje zarówno w Unii, jak w NATO postawę najbardziej prowojenną, mimo że ze względu na swoje położenie jest najbardziej narażona na zniszczenia już w pierwszych momentach wojny.

Z powodu Donalda Trumpa w Stanach Zjednoczonych ujawniła się partia wojny z siłą i otwartością, jakiej prawie się nie widziało nawet w czasach zimnej wojny. To nie znaczy, że przed Trumpem tych tendencji nie było. Ten kraj musi znaleźć sens dla swoich bajecznych zbrojeń, a nie ma dla nich innego sensu niż wojna. Wojna niczym Ameryce nie grozi, wszystkie jej wojny toczyły się daleko od jej terytorium i tak będzie w przyszłości. Ta sytuacja nadaje polityce zagranicznej USA specyficzne piętno nieodpowiedzialności, USA nikogo się nie boją, rozszerzają jurysdykcję poza swoje granice, nakładają embarga i sankcje, na kogo chcą, nie tylko na Rosję, „egzystencjalnego wroga”, ale także na przedsiębiorstwa zaprzyjaźnionych Niemiec. Ich „klasa imperialna” przyswoiła sobie szczególną ideologię, którą można nazwać zamerykanizowanym trockizmem: Ameryka swoją potęgę powinna spożytkować, dokonując światowej rewolucji demokratycznej. Kogo należy demokratyzować, to inne zagadnienie: państwa podległe USA są demokratyczne z definicji, nieposłuszne – z definicji dyktatorskie i skorumpowane. Rząd polski może robić z konstytucją, Trybunałem Konstytucyjnym, z sądownictwem, co mu się podoba i nie przestanie być demokratyczny, bo należy do NATO.

Gdy stosunki między Ameryką a Rosją przybierają charakter wrogi, polska klasa polityczna doznaje radosnego pobudzenia, bo to obiecuje wojnę. Gdy się polepszają, klasa markotnieje i w mediach pojawia się masa komentatorów wytykających rządowi amerykańskiemu naiwność i brak znajomości Rosji.

Gdy wstępowaliśmy do NATO (tzn. gdy byliśmy przyłączani), był to sojusz obronny, ale przestał już być obronny i wciąga swoich członków w egzotyczne wojny. Zanosi się jednak na wojnę nieegzotyczną. Wojownicza część amerykańskiej klasy imperialnej życzy sobie wojny rosyjsko-ukraińskiej, co nazywa objęciem Ukrainy opieką NATO. Polska postsolidarnościowa, zarówno pisowska, jak i platformerska, marzy, żeby wziąć udział w tej opiece. Dziwi mnie, że tak duża część polskiego społeczeństwa mimo to spokojnie patrzy w przyszłość. Żadnych objawów pacyfizmu nie dostrzegam. Polska zamiast być czynnikiem łagodzącym wrogość między NATO a Rosją, sieje wśród młodzieży „patriotyzm” nakazujący umierać za „niepodległość”. Jak wiadomo, nie ma niepodległej Polski bez niepodległej Ukrainy.

Prezydent Donald Trump w czasie kampanii wyborczej głosił chęć złagodzenia wrogości z Rosją. Przez obóz przeciwników zostało to wykorzystane przeciw niemu. Jest oskarżany o zmowę z wrogiem i na tym kłamstwie ma być oparty proces pozbawiania go prezydentury, a następnie być może proces karny. Trumpowi nie pozostało nic innego, jak dawanie dowodów swojej wojowniczości skierowanej przeciw Rosji. Z tego punktu widzenia ciekawe jest, jak się zachowa w Polsce, co powie i jakie gesty wykona.

Gdy cesarz Napoleon jechał do Polski, Talleyrand radził mu, co ma powiedzieć w Warszawie, żeby podobać się Polakom: mówić jak najgorzej o Rosji i wychwalać polskie bohaterstwo. Napoleon do tej rady się zastosował i wywołał niezwykły entuzjazm. Myślę, że prezydent Donald Trump również dostosuje się do rady Talleyranda. Zastąpi tylko króla Sobieskiego powstaniem warszawskim.

Wydanie: 27/2017

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy