Jaki to wszystko miało sens?

Jaki to wszystko miało sens?

Zarzucono mi, że w poprzednim felietonie popełniłem błąd, pisząc, że w początkowym okresie okupacji radzieckiej we wschodniej Polsce po 17 września 1939 roku najgroźniejszy był terror ukraińskich nacjonalistów. Te bandy, działające tak okrutnie, że nawet według pana Andrzeja Przewoźnika „NKWD w wielu miejscach musiało im przeciwdziałać” („Gazeta Wyborcza”), składały się z miejscowych komunistów, członków i zwolenników Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. Temu nie przeczę; te same wydarzenia inaczej są opisywane przez historyków niż przez naocznych świadków, przy czym jedni i drudzy mogą mówić prawdę. Prości ludzie z Wołynia, których opowieści miałem okazje wysłuchiwać, nie robili rozróżnień na nacjonalistów i komunistów; dla nich istnieli tylko Polacy, Ukraińcy, Żydzi i… bolszewicy, zbiorcza nazwa dla tych, co wtargnęli ze Związku Radzieckiego, bez rozróżniania ich narodowości. Dla Polaków nie było ważne, czy ci, co do nich strzelają, wierzą w Lenina, czy w Doncowa, w Stalina, czy w Banderę. Nacjonaliści byli rywalami komunistów, a czasem sojusznikami, twierdzi Timothy Snyder w książce „Tajna wojna. Henryk Józewski i polsko-sowiecka rozgrywka o Ukrainę”, s. 235. „Na Wołyniu Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów zawsze głosiła program wyzwolenia narodowego i społecznego podobny do proponowanego przez komunistów”. Miał on tylko tę iluzoryczną zaletę, że nie kojarzył się z sowieckimi rządami. Tak jak hitleryzm nie kojarzył się ze stalinizmem, dopiero teraz jest kojarzony. To, co w poniższym cytacie Snyder mówi o ukraińskich komunistach, według polskich uczestników tamtych wydarzeń odnosi się także słowo w słowo do nacjonalistów: „Miejscowi komuniści rozbrajali polskich żołnierzy i policjantów, po czym używali zdobycznej broni przeciwko polskiej ludności. Przez kilka pierwszych dni sowieckiej okupacji komuniści (oraz ci, którzy żywili różne urazy) dokonywali krwawej rzezi, zabijając posiadaczy ziemskich, urzędników, policjantów i rozbrojonych żołnierzy” (s. 229). Żywiołowy rozpasany terror antypolski przybrał tak barbarzyński charakter, że – pisze Timothy Snyder – „politrucy Armii Czerwonej tłumaczyli, że jest to robota wroga…” (s. 229). Deportacje polskich osadników odbywały się przy aplauzie części ludności ukraińskiej, a „jedna z lokalnych rad (przecież nie złożona z samych komunistów, za mało ich było – B.Ł.) zgłosiła wniosek, by wszystkich osadników wymordować na miejscu” (s. 235). To życzenie spełniała UPA w latach 1943–1944, nie tylko w stosunku do osadników, i wówczas okazało się, że Polacy deportowani na Syberię mieli większe szanse przeżycia niż ci, którzy uniknęli wywózki.
Bohater książki Snydera, Henryk Józewski, był sanacyjnym politykiem, zaufanym Piłsudskiego, który starał się pohamować polską nacjonalistyczną politykę na ziemiach wschodnich i jako wojewoda wołyński popierał ukraińską kulturę, próbując skierować ukraiński nacjonalizm przeciw komunizmowi i Sowietom. Na dowód, że ta polityka była słuszna i została uwieńczona powodzeniem, Snyder przywołuje wyrok historii, czyli stan obecny: Ukraina jest niepodległa, z Polską pozostaje w przyjaznych stosunkach, a ZSRR nie istnieje. Może Józewski miał rację, ale na to potrzebne byłyby inne dowody. Tak zwany prometeizm, którego był zwolennikiem i realizatorem, nie odegrał żadnej roli w łańcuchu przyczynowo-skutkowym, który doprowadził do obecnego stanu. Także ukraiński nacjonalizm w swoich skrajnych, faszystowskich przejawach OUN-UPA nie miał wpływu na uzyskanie niepodległości, choć zarówno Ukraińcom, jak i Polakom wydaje się oczywiste, że miał. Główną przyczyną był podział Związku Radzieckiego na republiki wyodrębnione według kryterium narodowościowego. W momencie, gdy upadł ustrój komunistyczny i centralna władza, one okazały się strukturami najtrwalszymi i najlepiej legitymizowanymi. To, co w Związku Radzieckim wydawało się tworami administracyjnymi bez żadnej podmiotowości politycznej, w dniu jego rozpadu objawiło się w postaci pełnoprawnych państw narodowych. Człowiekiem, który przy ogólnej obojętności partii bolszewickiej zdecydował o podziale kraju według zasady narodowościowej, był Stalin. To on na dziesiątym zjeździe WKP(b) referował ten temat i stawiał wnioski. Woroszyłow, który w tym dniu przewodniczył obradom, co chwila musiał upominać delegatów, żeby podczas przemówienia Stalina nie chodzili po sali, nie rozmawiali głośno, nie czytali gazet. W takich warunkach została podjęta jedna z najważniejszych uchwał, decydująca o losie komunistycznego imperium.
Stalinowi, a nie Banderze, powinni stawiać pomniki ukraińscy niepodległościowcy. I Chruszczowowi, który skorygował Stalina, łamiąc zasadę narodowościową na korzyść Ukrainy.
Jak silna była legitymizacja republik Związku Radzieckiego, świadczy między innymi to, że całkowicie samowolna decyzja Chruszczowa przyłączenia do Ukrainy terytoriów rosyjskich jest dziś nie do skorygowania bez wojny.
•
Pakt Ribbentrop-Mołotow w historii dyplomacji zapisany może być następująco: „ZSRR zawarł pakt z Niemcami, aby odsunąć od siebie główny ciężar ich uderzenia, mocarstwa zachodnie zaś zastosowały strategię obronną, aby ten ciężar przerzucić właśnie na ZSRR”. Zacytowałem prof. Jerzego Krasuskiego („Tragiczna niepodległość”), ale podobne syntetyczne ujęcia można znaleźć w wielu książkach autorów zachodnich. Polaka one nie zadowalają, a nawet wydaje mu się, że przeczą jego elementarnej i niewzruszonej wiedzy. Dla Polaków ten pakt to aresztowania przez NKWD, wywózki na Sybir, rozstrzeliwanie wziętych do niewoli oficerów. Gdyby nie ten pakt, Niemcy zajęliby całą Polskę i Katynia by nie było, oficerowie przeżyliby wojnę w oflagach. Jednakże między spojrzeniem historyka dyplomacji a przeżyciami i naoczną wiedzą ofiary nie zachodzi sprzeczność. Pakt Ribbentrop-Mołotow nie ustanawiał sojuszu między ZSRR a III Rzeszą, Stalinem i Hitlerem, lecz był z obu stron podstępem wojennym: w wyniku paktu żadna ze stron nie zaprzestała przygotowań do wojny. Z polskiego punktu widzenia nie ma żadnego znaczenia, czy wywózki i Katyń były następstwem sojuszu Stalina z Hitlerem, czy też ich podstępnego wobec siebie postępowania. Nigdy nie dojdzie do uzgodnienia z Rosjanami poglądów na ten pakt, a same usiłowania są naiwnością.
Zupełnie inaczej pakt przedstawiał się w opinii zachodnioeuropejskiej. Od czasów wprowadzenia reżimów faszystowskich we Włoszech i Niemczech wyodrębnił się bardzo mocno front antyfaszystowski. Upatrywał on swego naturalnego sojusznika w Związku Radzieckim; w Moskwie pokładał nadzieję na położenie zapory faszyzmowi i, jak to bywa w takich warunkach, idealizował swojego sprzymierzeńca. Podział ten uwidocznił się w wojnie hiszpańskiej i został przez nią pogłębiony i wyabsolutyzowany, tak jak to tylko było możliwe. Związek Radziecki był widziany niemal jak wcielenie ideału, a ideał nie ma interesów, toteż niezmierny szok przeżyli antyfaszyści, gdy dowiedzieli się o pakcie Ribbentrop-Mołotow.
I Polska, i międzynarodowy antyfaszyzm potępiali pakt radziecko-niemiecki, ale z powodów niemających ze sobą wiele wspólnego. Te dwa spojrzenia łączą się tylko w jednym punkcie: nie chcą widzieć, że pakt ten był obustronnym podstępem wojennym, obustronnym oszustwem, mającym ułatwić zajęcie lepszej pozycji wyjściowej do postanowionej już wojny.

Wydanie: 33/2009

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy