Wykształceni i zniewoleni

Wykształceni i zniewoleni

W czasie protestów społecznych, jak w przypadku ostatnich działań górników, Polacy generalnie opowiadają się przeciwko władzy i są po stronie protestujących. Tak też było ostatnio, kiedy prawie 70% społeczeństwa opowiadało się w sondażach po stronie górników. Jest to jednak anonimowe i ciche poparcie. Głośniej krzyczą w mediach neoliberalni politycy, doradcy bankowi i wszelkiej maści eksperci rynkowi. Oni jak zwykle mają prostą receptę, tę samą od 25 lat: sprywatyzować, zaorać, ludzi zwolnić z pracy, a niewidzialna ręka rynku sama zaprowadzi ład. Oficjalnie nazywa się to racjonalizacją wydatków, uzdrawianiem procesów gospodarczych lub programami naprawczymi. Do tego dochodzi tradycyjne szczucie na związkowców i wszelkie przejawy ruchu pracowniczego. Oto kolejne polskie kuriozum – w kraju, gdzie poziom uzwiązkowienia jest jednym z najniższych w Unii Europejskiej (zdecydowanie poniżej 10%), mówienie o przywilejach i groźbie terroru związkowego jest zacietrzewionym ideologicznie bełkotem.

Możliwe jest to jednak w warunkach, w których tzw. kręgi opiniotwórcze prezentują za każdym razem wolnorynkowe wyznanie wiary i nie kryją obrzydzenia do „związkowej hołoty” oraz ludzi z klas niższych. W ostatnim numerze PRZEGLĄDU Jarosław Urbański, socjolog i działacz związkowy, słusznie zauważył, że w Polsce na uczelniach masowo reprezentowane są poglądy konserwatywne i neoliberalne. To kolejny ewenement, wyraźna różnica między nami a Europą Zachodnią i Stanami Zjednoczonymi, gdzie kampusy akademickie są zazwyczaj siedliskiem radykalnej lewicy. Jak to się stało, że krytyczny i lewicowy „etos polskiej inteligencji” w tak krótkim czasie rozmienił się na drobnomieszczańskie i rynkowe mity klasy średniej?

Jak pisze Zygmunt Bauman: „Wystąpienie przeciwko status quo zawsze wymagało odwagi, zważywszy na stojące za nim budzące grozę siły – odwaga zaś jest cechą, którą intelektualiści, kiedyś znani ze swojego zaczepnego radykalizmu, utracili w pędzie ku nowym rolom i »niszom«: eksperta, akademickiego speca, medialnej sławy”. Czyżby kolejna „zdrada klerków”? Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana.

Umasowienie oraz obniżenie poziomu i znaczenia studiów wyższych w Polsce jest tak powszechnie znane, że nie warto o nim pisać. Procesowi temu towarzyszyło jednak wiele innych zjawisk – komercjalizacja i urynkowienie wiedzy, wplątanie nauk społecznych i ekonomicznych w panujące obecnie w Polsce ideologie, narastający konformizm środowisk akademickich i w końcu brak zaangażowania w jakąkolwiek krytykę społeczną.

O ile kiedyś inteligencja była cierniem zadającym ból każdej władzy, o tyle dziś dużo ludzi z wyższym wykształceniem zadowala się rolą konsumenta, którą oferuje świat rynku. Natomiast część akademików weszła również w rolę kapłanów królestwa rynku. Edukowani w takich warunkach studenci zostali fanami banałów Korwin-Mikkego i obiecanek nieograniczonych możliwości, jakie daje „prawdziwy” wolny rynek. Ofiary systemu stały się jego wyznawcami.

Jak zauważa Frank Furedi, brytyjski profesor socjologii, „niegdyś intelektualiści często niepokoili się zamachami na swoją działalność. Radykałowie piętnowali polityczne interwencje wymierzone przeciwko myślowej niezależności oraz naciski rynku. Dziś rzadziej zabierają głos w sprawie ataków na wolność słowa, w kwestii cenzury i w obronie idei”. Trudno bronić idei, jeżeli niewiele z nich zostało wśród wykształconych technokratów – dominują postawy egoistyczne, naiwna wiara w obiektywną ekonomię (tzn. taką, która nie jest uwikłana ideologicznie i nie opisuje świata z punktu widzenia jakiejś klasy społecznej czy określonego ładu politycznego) i niechęć do jakichkolwiek utopii (myśli przekraczających ramy obecnego porządku).

W logice opartej na prawach podaży i popytu nie ma miejsca na ludzką solidarność, społeczną empatię czy wybuch gniewu. Dlatego z jeszcze większą sympatią warto spojrzeć na protesty pracownicze na Śląsku i w innych regionach kraju. Chodzi w nich nie tylko o obronę miejsc pracy i minimum bezpieczeństwa socjalnego dla pracowników i ich rodzin, ale także o ratowanie resztek ruchu związkowego i prawa do sprzeciwu.

Szkoda tylko, że protest wybucha jedynie wtedy, gdy władza próbuje nagle obniżyć lub zabrać zabezpieczenia socjalne. Natomiast niskie standardy życia i kiepskie płace są akceptowane w Polsce jako coś „normalnego” i „naturalnego”. Narastające ruchy protestu powinny przybrać mniej defensywną, a bardziej ofensywną formę – nie tylko obrona dotychczasowej marnej stabilizacji, ale również walka o lepsze i sprawiedliwsze rozwiązania systemowe.

Wydanie: 5/2015

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy