Małe sprostowanie do wielkich błędów

Małe sprostowanie do wielkich błędów

Gdyby polscy politycy rzeczywiście wierzyli w to, co mówią o Rosji, to by tego nie mówili. Jeżeli uznaje się blisko położone państwo za groźne mocarstwo imperialistyczne, podstępnie lub jawnie dążące do pozbawienia niepodległości narody sąsiednie, lub że w inny sposób chce im zaszkodzić, to z tego wynika nakaz oględnego wyrażania wrogości w stosunku do tego mocarstwa, aby nie ściągnąć na swój kraj odwetowych szykan. Polska „klasa polityczna”, czyli gazety, telewizje i partie uprawiają w stosunku do Rosji propagandę tak wrogą, jaką rzadko można spotkać w czasach pokojowych, i nie obawiają się złych następstw. Całkiem słusznie nie wierzą własnym słowom i zgodnie z prawdą myślą, że Rosja posiada bardzo minimalne możliwości politycznego oddziaływania na inne kraje. Akomoduje się do świata i to wszystko, co może.
„Imperializm” rosyjski od kilkunastu lat polega na wycofywaniu się z krajów od paru wieków wchodzących w skład Rosji. Mówi się, że tak było za rządów Jelcyna, ale Putin dąży do odzyskania tego, co Gorbaczow i Jelcyn stracili. Jest to czyste zmyślenie. Proces wycofywania się Rosji, oczywiście, że pod presją faktów, postępuje nadal. Wobec narodów odrywających się Moskwa nie stosuje siły. Nie może zresztą. W ciągu kilkunastu lat nie wypracowała żadnej polityki w stosunku do Ukrainy. W czasie ostatnich wyborów i „postmodernistycznej rewolucji” w tym kraju próbowała bez głębszego pomyślunku jakoś równoważyć działania amerykańskie, ale była to polityka bez szans. Prawie cała strefa byłych republik radzieckich znalazła się w orbicie przyciągania cywilizacji i potęgi amerykańskiej i trudno sobie wyobrazić, żeby Rosja ze swoimi licznymi słabościami mogła z Ameryką skutecznie na tym terenie rywalizować. Może co najwyżej liczyć na osłabienie imperialnego wigoru Stanów Zjednoczonych, ale na razie nie widać podstaw do takich rachub.
Ameryka prowadzi politykę na dwu płaszczyznach: na jednej chce mieć i ma w Rosji sojusznika w wojnie z islamskim terroryzmem, na drugiej, jak wyraził się wysoki urzędnik departamentu stanu, dąży do urealistycznienia wzajemnych stosunków, to znaczy przejęcia wpływów na obszarze republik postradzieckich, aby Rosja nie była już niczym więcej jak tylko Rosją. Dzięki atrakcyjności swojej cywilizacji i siły Ameryka może taką politykę prowadzić bez większych kosztów. Polskie mówienie o nieuleczalnie imperialnych zakusach Rosji, która gazem, naftą i chytrością rozszerza swoje panowanie, jest bezmyślną paplaniną. Gaz, ropa, są własnością tego, kto je kupi, niesprzedane nie wzbogacają eksportera. O tym akurat polscy politycy dobrze wiedzą i nie ze strachu przed zakręceniem kurka potrzebują dywersyfikacji, lecz po to, aby choć troszkę umniejszyć dochody Rosji. Dla tego chlubnego celu chcą sprowadzać gaz z Norwegii, o 30 procent droższy niż rosyjski. Oto polityka według wzoru: na złość babci odmrozić sobie uszy.
Nasza zależność od Rosji (wszystko od wszystkiego jest jakoś zależne) widoczna jest nie wtedy, gdy kupujemy od niej naftę czy gaz, lecz wówczas, gdy oni nie chcą od nas kupować naszych produktów, na którą to niegodziwość Polska skarży się aż w Brukseli. Opiniotwórcze gazety piszą, że jest to odwet, „rachunek za ukraińską rewolucję”. Do tego twierdzenia trzeba zgłosić pewne poprawki. Po pierwsze wieści o rewolucji na Ukrainie są grubo przedwczesne. Na razie jedna frakcja oligarchii została odsunięta od władzy przed drugą frakcję (poprzedni szef rządu popełnił czyny kryminalne w młodości, obecna pani premier w wieku średnim). Nie zmienił się ani ustrój polityczny, ani społeczny. Ludzie mieli dość samolubnej władzy, urzędowego złodziejstwa, poziomu życia niższego niż w najbiedniejszym kraju Unii Europejskiej, to znaczy w Polsce i tym podobnych dolegliwości, tym bardziej bolących, że na brak wolności się nie skarżyli. Pomarańczowa rzekoma rewolucja w jednym punkcie była wyraźna i jednoznaczna: młodzież chciała, aby Ukraina przyłączyła się do Zachodu, cokolwiek by to miało znaczyć, brała stamtąd wzory i czerpała nadzieję na tak zwane lepsze jutro. I ten składnik ruchu z pewnością jakoś zaowocuje. Druga poprawka: Polacy skorzystali z okazji, żeby zamanifestować swoją antyrosyjskość i niczego więcej nie zdziałali (poza udaną mediacją prezydenta Kwaśniewskiego). Polska manifestacja została w Moskwie zauważona i zinterpretowana jako działanie na zamówienie amerykańskie. Czy spodziewamy się, że wszystkie antyrosyjskie gestykulacje Polaków zawsze będą w Moskwie lekceważone?
Putin „dąży do szowinistycznego ekspansjonizmu”, „instalowania władzy w republikach postsowieckich”, „nie może się pogodzić z utratą wpływów” – skąd biorą się takie opinie, bo z informacji z pewnością nie. Są to wnioski wydedukowane z ogólnej wiedzy o postępowaniu władców. Stereotypowy władca na miejscu Putina tak właśnie by postępował. Jest to pogląd banalny, powzięty z góry i nic niemówiący o rzeczywistości. Rzeczywistość w porównaniu z banałem jest zawsze zaskakująca: Putin postępuje przeważnie odwrotnie w stosunku do tego, co obwieszczają polscy rusoznawcy i zachodni ekssowietolodzy, którzy nie mogą się pogodzić z faktem, że materia ich profesji gdzieś się podziała. Niespodziewany był również Gorbaczow. Gdy został postawiony na czele Związku Radzieckiego cała sowietologia ostrzegała, że nada nowy impuls komunizmowi, umocni państwo podupadające pod władzą mężczyzn trzeciego wieku i – dokładnie pamiętam te wywody – silniej podporządkuje sobie Europę Wschodnią. To samo mniej więcej twierdzili moskiewscy dysydenci, starający się studzić nadzieję Margaret Thatcher i innych zachodnich polityków. Gorbaczow postępował dokładnie odwrotnie, niż o nim pisano. Podobnie do pewnego stopnia jest z Putinem, z tą różnicą, że jest on świadomy celów i środków, i że ma inne problemy do rozwiązania. Tak jak rzekomi znawcy nie rozumieli, co się w Związku Radzieckim dzieje i nie byli zdolni przewidzieć jego upadku, tak samo dzisiejsi, zwłaszcza polscy, rusoznawcy nie potrafią zdobyć się na obiektywne spojrzenie na politykę Putina. Wprowadza system policyjny, centralizuje władzę, likwiduje resztki pojelcynowskiej demokracji… Naród rosyjski się nie skarży, co według rusoznawców przemawia przeciwko temu narodowi. Jakoś nie przychodzi do głowy znawcom Rosji, że naród się nie skarży, ponieważ Putin nie narodowi, lecz mafii i oligarchom odbiera władzę.

 

Wydanie: 5/2005

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy