Prezes akrobata

Prezes akrobata

Spotykam się z Krzysiem Szpilmanem, synem pianisty. Przyleciał z Japonii, mieszka teraz w Tokio. Zdaje mi się, że widzieliśmy się rok temu, a to już kilka lat. Krzysztof żyje od dawna w Japonii, ma żonę Japonkę, jest profesorem na wyższej uczelni, uczy Japończyków ich historii współczesnej. Znaliśmy się jako nastolatkowie, wyjechał w młodości do Anglii, trenował dżudo, miał duże osiągnięcia sportowe, a pamiętam, że był cherlakiem. I poprzez dżudo dotarł do Japonii, by tam szlifować swoje umiejętności. Jako młody człowiek był nieznośny, a teraz jest fajny, zdarza się. Rozmawiamy w restauracji, w zapachu kawy, która jest właśnie palona w dużych kadziach. Lubię rozmawiać z Krzysztofem, barwa i ton dialogu z nim zawsze są jakoś podobne, ironiczne i szczere. I przecież mamy tylu wspólnych znajomych. Niestety, wiele o chorobach i o znajomych, którzy odeszli. Gdy rozmawiamy o Biblii i wierze, podchodzi do nas nieśmiało jakiś osobnik z brzuszkiem i z kieliszkiem wina w dłoni, przeprasza, ale głośno rozmawialiśmy, uruchomiło mu się myślenie i robi nam wykład teologiczny na temat Starego Testamentu; studiował teologię, bardzo inteligentny i wyczerpujący wykład, nieco jednak natrętny. Kiedy uwalnia nas od siebie, Krzyś mówi o aukcji fortepianu ojca, Władysława Szpilmana, fortepian poszedł za ogromną sumę. Krzyś też dobrze zarabiał, więc ma więcej pieniędzy, niż może wydać, zazdroszczę mu. O rządzie japońskim i o polityce mówi: jest okropnie, ale nie aż tak jak w Polsce, politycy jednak mierni i głupi.

*

Mój przyjaciel wydawca, szef Iskier, chwali moje wiersze, dałem mu „Przed zmierzchem”, ale tych wierszy by nie wydał, a ja go rozumiem, więc nawet mu nie proponowałem ich druku, za bardzo go lubię, by stawiać go w kłopotliwej sytuacji, chociaż on ma łatwość mówienia „nie”. Dlatego jest dobrym wydawcą. Księgarnie nie chcą poezji, bo to się nie sprzeda. Poeci tylko wymieniają się tomikami jak dzieci znaczkami. Serdecznie pisze o moich wierszach Ewa Lipska, bardzo ją cenię, więc się cieszę. To wszystko na jakimś coraz węższym marginesie. „Kurczą się, kurczą nasze wyspy”, mówił Miłosz.

*

Prezes na razie nie chce stracić wielkiego bankomatu, jakim jest dla niego Unia, ale stał się zakładnikiem partii Ziobry, który chce wyciągnąć Polskę z Europy. Jak straci Solidarną Polskę, nie będzie miał większości w Sejmie, więc balansuje na cienkiej czerwonej linii, jak z niej spadnie, wylatujemy z Unii. Prezes akrobata.

*

Joanna Lichocka, to ta posłanka PiS, co w Sejmie pokazała penis palcem, pisze po naszych protestach po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego o nadrzędności polskiej konstytucji nad prawem unijnym (pisownia oryginalna): „Ale jazgot! »politycy« i »dziennikarze« chórkiem, histerycznym, bezmyślnym. Szczęśliwe narody, które mają suwerenne, służące im elity. My od blisko 300 lat z małymi przerwami musimy znosić kanalie i głupców służących interesom zewnętrznym”. To jest właśnie to myślenie ludzi PiS. To ich istota. Coraz częściej wydaje mi się, że zmarnowałem sporą część życia, działając w opozycji, że to poszło na marne i na marne Solidarność, i ten niezwykły strajk w gdańskiej stoczni, którego byłem naocznym świadkiem, zakochanym wtedy w polskim zbuntowanym ludzie. A to lud teraz głosuje na PiS.

*

Polityka schodzi na dół, do dzieci. Mój Franio, właśnie ma 11. urodziny, opowiada nam, że kolega w szkole na przerwie krzyknął na cały głos: „J… PiS!”. Nauczycielka, która właśnie przechodziła, powiedziała: „Nie wolno tak mówić, chociaż ja też nie jestem za PiS”. O jakich prezentach marzy mój synek? Wszystkie marzenia związane są z komputerem i z grami, niestety. I pojechać na obiad do McDonalda.

*

Podobnie jak wielu moich znajomych miałem poczucie, że powinienem iść na plac Zamkowy w obronie Polski w Unii, ale bardzo mi się nie chciało – co to da, musimy wygrać wybory, ale czy je wygramy, przecież nie będą uczciwe. Trzeba więc jednak iść. Pojechaliśmy samochodem, widziałem miejski autobus z flagą Unii, domyślam się, że to prywatna inicjatywa kierowcy. Ruch uliczny gęstnieje, wiele osób jedzie na manifestację i nie ma gdzie zaparkować w okolicach Starego Miasta. Długi spacer i wmieszaliśmy się w tłum, było podobno 100 tys. ludzi, dużo. Postaliśmy trochę, nie za długo, kręci mi się w głowie, gdy stoję w tłumie. I wróciliśmy do domu w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. No i co? Tak nie obalimy tej chorej władzy. Coraz mniej w nas cierpliwości, wiele malkontenckich głosów po manifestacjach, a przecież odbyły się w setkach miast i miasteczek: że nie było energii, gniewu, że za grzeczne, że za mało wiary, to powinno mieć charakter rewolucyjny. Ale tak już jest z demokracją, że bywa bezradna wobec wewnętrznego wroga, a oni są jak rak z przerzutami, który w demokracji się zagnieździł. Bardzo trudno z nim walczyć.

t.jastrun@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 43/2021

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy