Pierścień Atlantów

WIECZORY Z PATARAFKĄ

Wiele z tak zwanej wiedzy tajemnej przestało już być zakazane, potępione i tajemne, a stało się nawet potężnym motorem wiedzy. Choćby taka alchemia, za praktykowanie której można było całkiem łatwo spłonąć na stosie, już od dawna przerodziła się w całkiem oswojoną dyscyplinę wiedzy. Czy nawet kilka różnych dyscyplin. No co: świat jest energią, promieniowanie, i to bardzo różnych typów, istnieje naprawdę, można spokojnie mówić o wibracjach i tak dalej. Nie wiem, jakie jeszcze inne nauki wyłonią się z bogatego w propozycje łona New Age – ale na pewno będzie ich sporo. Określenie New Age jest tu zupełnie umowne i obejmuje ogół bardzo zróżnicowanych “nauk tajemnych”.
Między nimi jest wcale pokaźna ilość roztrząsań o talizmanach, do których raczej nie mam żadnego stosunku, ale to przecież nic nie znaczy. Sam mam przy swoim biurku kilka dość szczególnych, ale nie zauważyłem, żeby mi pomagały lub szkodziły, stąd mój stosunek do nich jest trochę żartobliwy. Szczególną ich odmianą są te, które polegają na specjalnym kształcie np. piramidy. Piramida rzekomo może być wykonana z czegokolwiek np. z tektury, a i tak będzie działać, ostrząc żyletki. Podobno, bo sam nie próbowałem. Tym razem jednak chcę pisać o czym innym, mianowicie o “pierścieniu Atlantów”. Są to trzy wydłużone prostokąty, układające się w kwadrat, po bokach których umieszczono sześć kwadracików, a całość zamknięto po obu stronach trójkątami.
Pierścień kamionkowy z takim wzorem znalazł w połowie XIX wieku pewien egiptolog francuski w Dolinie Królów i orzekł, że jest zupełnie nietypowy dla kultury staroegipskiej. Nie wiadomo, kto go nazwał atlantydzkim, być może ezoteryczny autor Roger de Laforest. Tego autora czytałem i nie mam o nim najlepszej opinii. Pierścień, a i sam wzór umieszczony na różnych przedmiotach, podobno działa w niezwykły sposób, chroniąc swego właściciela przed wszelkim złem. Cóż, przecież i krzyż bywa traktowany jako amulet, ale tych, których nie ochronił przed złem, zliczyć nie sposób.
O pierścieniu Atlantów wydał niedawno książeczkę Leszek Matela, niezły autor i znawca ezoteryki. W tym wypadku, ponieważ samych faktów było niewiele, musiał sztukować zasadniczy temat przeróżnymi wątkami. Nie chcę dezawuować kolegi po piórze i zainteresowaniach, ale Matela odrobinkę przesadził. Rozwodził się obszernie o Atlantydzie, o anchu (to taki krzyż z kółkiem, znak życia), o wahadełku, o ajurwedzie. Istny groch z kapustą. Co prawda, sam bym też nie potrafił takiej książki napisać i też bym musiał sztukować wątek innymi tematami. Ale wtedy poprzestałbym na skromniejszym szkicu. Wprawdzie Matela pisze o rzeczach autentycznie ciekawych, które mogą nieświadomego rzeczy czytelnika wprowadzić np. w zasady “magicznego oka”, do którego ja sam przywiązuję raczej dużą wagę. Może nawet za dużą, ale to inny temat. Ale co ma tutaj do rzeczy słynny dysk z Fajstos?
Ale to, co Matela pisze o samym pierścieniu, może nie być fantazją, więc właściwie nie odradzałbym lektury jego książki. W medycynie holistycznej już tyle zdarzyło się niezwykłości (chociaż w małym stopniu mnie samemu), że i “pierścień Atlantów” nie zawadzi. Matela definiuje: “Geometronika (…) bada wpływ form geometrycznych na organizmy żywe, grafotronika dotyczy oddziaływania znaków symbolicznych i napisów”. Przy czym ostatni termin jest dziełem samego autora.
Ma to na nas działać za pośrednictwem podświadomości, ale mój Boże, czy istnieje cokolwiek, co by na podświadomość nie działało? Zrobił się już z tej podświadomości istny wór bez dna, a tymczasem nie wiemy o niej nic albo tyle, co Jung nam dość arbitralnie powiedział. Jung był genialny, ale nie mógł mieć wiedzy bardziej precyzyjnej, przecież jego teorie to same hipotezy. Może prawdziwe, a może i nie. Albo częściowo tak, a częściowo owak. Jak wszystko w tym przedziwnym świecie wiedzy ezoterycznej. Bez której jednak nie postąpimy dalej.

Wydanie: 15/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy