Lekcje z 18 brumaire`a

Lekcje z 18 brumaire`a

Różne głosy padały po referendum w Warszawie. Kiedy słyszałem te medialne licytacje: kto wygrał, a kto przegrał, pomyślałem, że większość komentarzy więcej mówi o ich autorach niż o tym, jak naprawdę mają się sprawy. A poza tym – i to było główne wrażenie – że społeczeństwo jest niezbyt zainteresowane tym ogólnym wrzaskiem politycznych elitek i mocno dystansuje się od nich wszystkich. Nikt nie powiedział, że niska frekwencja nie jest dowodem ani na zwycięstwo, ani na porażkę którejkolwiek ze stron, lecz wyraża ogólne zniechęcenie Polaków do polityki i życia publicznego. To w sumie nic nowego.
W atmosferze apatii i kompletnej alienacji społecznej do głosu często jednak dochodzą sprzedawcy prostych rozwiązań. Oni są najbardziej zdeterminowani i mają prosty, czarno-biały przekaz. PO, która walczy o przetrwanie i próbuje zatrzymać odchodzący elektorat, nie ma za bardzo pomysłu, co z tym zrobić. Chcąc nie chcąc, podejmuje grę na boisku przeciwnika i odnosi się do tematów kreowanych przez PiS. Dotyczy to zresztą wszystkich pozostałych uczestników gry politycznej.
A przecież tego prawicowego populizmu mogło nie być. PO wygrała wybory w 2007 r. z dużą przewagą nie dlatego, że wszyscy pokochali Tuska, ale dlatego, że mieli dość szaleństw Kaczyńskiego i jego ekipy. Wyborcy oczekiwali bardzo niewiele: demontażu szkieletu państwa policyjnego, które powoli nabierało realnych kształtów. Po wygranych wyborach rząd PO miał pełne przyzwolenie społeczne, aby zlikwidować CBA, osądzić Kaczyńskiego i Ziobrę, przewietrzyć zapisiałą prokuraturę. Nic takiego nie nastąpiło. PO wolała pozbyć się ostatecznie lewicy i SLD, niż dobić prawicową konserwę. Teraz zbiera plony własnych zaniedbań. Hydrze PiS odrastają głowy i zieją żądzą zemsty. CBA zmienia lokalne koalicje (jak na Podkarpaciu) i po kolei zaczyna kasować najpopularniejszych samorządowców związanych z PO (Tarnów, Gdańsk i za chwilę kolejne miasta). Pozostawione przy życiu potwory wracają po latach, niedobici przeciwnicy stają się zwycięzcami.
Kalkulacje, że Leszek Miller uchroni Tuska przed porażką, Trybunałem Stanu i ogólnym linczem, mogą się okazać iluzją. Bo i tak może zabraknąć głosów. Podobnie wiara, że zwycięskie PiS nie będzie miało zdolności koalicyjnej, może być ślepa. PSL, jeśli tylko przeczołga się przez próg wyborczy, a tak się stanie przy niskiej frekwencji, pierwsze rzuci się do tworzenia „narodowo-ludowej” koalicji. A wtedy nastąpi prawdziwy triumf „partii porządku” pod hasłami obrony „tradycji, rodziny, własności i porządku”. Siły porządku będą bronić „narodu” przed jego wrogami. Te prawdziwe i wymyślone komuchy, kosmopolityczne wykształciuchy, także zdemoralizowani lewacy, pozbawieni rdzenia narodowego fani Europy i inne inteligenciaki, wszelkie odstępstwa od jedynie słusznych zasad moralno-prawnych, liberalni geszefciarze – oni wszyscy zostaną wrzuceni do jednego worka i postawieni pod publicznym pręgierzem. Jednych wyrzuci się tylko z pracy, drugich zamknie w areszcie, część może wyjedzie z kraju. Lud pozbawiony chleba, pracy i bezpieczeństwa socjalnego chętnie kupi te igrzyska jako sposób na rozładowanie własnych frustracji. Policja polityczna zatriumfuje, a różnego rodzaju służby będą strzec porządku ze zdwojoną siłą i przy pełnym poparciu władzy politycznej. Zamiast o rozwoju ekonomicznym, inwestowaniu w naukę i nowych technologiach będziemy słyszeć – podobnie jak teraz, tylko ze zdwojoną mocą – o walce z korupcją, ściganiu zepsucia moralnego i zamykaniu do więzienia posiadaczy marihuany.
Jak pisał klasyk, wszelkie fakty historyczne występują za pierwszym razem jako tragedia, za drugim – jako farsa. W przypadku polskim tezy Marksa się nie sprawdzają – za każdym kolejnym razem może być jeszcze gorzej. Zamiast iść po linii wstępującej i wyznaczającej postęp, polskie życie publiczne od co najmniej dekady się zwija. I to wbrew sprzyjającym warunkom, jakie dało członkostwo w Unii Europejskiej.
Najpierw zakompleksiona lewica, chcąc zdobyć uznanie „salonów”, była bardziej papieska od papieża i posiadając polityczną władzę w kraju, pozwoliła przesunąć debatę publiczną mocno na prawo. Później PiS wykreowało hasło „porządku, polityki historycznej oraz walki z bandytyzmem” i zdobyło władzę. I mimo że ją straciło, hasła te wciąż są w obiegu i wyznaczają ramy debaty na lokalnym, krajowym podwórku, a pilnują tego instytucje, które stworzyło PiS przy wsparciu PO (IPN, CBA i brukowe media). Później PO zdobyła władzę, ale z powodu pląsów Tuska i naiwnej wiary w tzw. postpolityczny bełkot nie chciała zrobić z tego użytku. Dlatego – wszystko na to wskazuje – społeczeństwo będzie musiało po raz kolejny odczuć na własnej skórze, że polityka się nie skończyła, a władza państwa wciąż ma realną moc wdeptywania swoich przeciwników w ziemię. Co więcej, PiS będzie naciskane z prawej strony przez Rydzyka i ruch narodowy, aby działać bez znieczulenia i nie ulegać europejskiemu humanitaryzmowi. Bo to mało narodowe. Warto czytać klasyków, aby nie musieć odrabiać nieodrobionych lekcji w więziennych celach.

Wydanie: 43/2013

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy