Długi weekend

Długi weekend

W długie weekendy (w Polsce słowo weekend znaczy coś innego niż w języku angielskim – niezupełnie koniec tygodnia, jak rozumieją to Anglosasi, ale wolną od pracy część tygodnia) Polacy albo grillują, albo, coraz częściej, wyjeżdżają za granicę.

W czerwcu wybrałem tę drugą opcję. Byłem we Lwowie i okolicy. Granica polsko-ukraińska wymaga cierpliwości i dostarcza wielu emocji. Oczekiwanie na odprawę trwa po kilkanaście godzin! Po stronie ukraińskiej odprawa polega na tym, że najpierw pogranicznicy wstukują do komputera imię, nazwisko i zapewne otczestwo podróżnego i czekają na odpowiedź z bazy. Później procedurę powtarzają celnicy. Nie mają wspólnej bazy? Jeśli trafi się autobus, pięćdziesiąt parę paszportów, trwa to dwie godziny. Nic dziwnego, że kolejka jest długa i czeka się tyle godzin. Nie potrafią tego usprawnić? Nie chcą? Pociągiem lepiej. Odprawa odbywa się w ruchu. Tyle że, jak mawiał Szwejk, „na dworcach zawsze kradli”. I kradną nadal. Przekonałem się o tym na dworcu we Lwowie, o czym niżej.

Lwów. Piękne miasto. Wszystkie zaułki Starego Miasta wypełnione turystami. Przeważają Polacy. Ale są też Niemcy i Japończycy albo Koreańczycy. Na pierwszy rzut oka trudno odróżnić. Co krok restauracja lub kawiarnia. Rzym, Paryż lub krakowski Kazimierz. Uroczo. Gorzej z rodakami. Młodsze pokolenie przyjeżdża tu na wieczory kawalerskie lub panieńskie. Tak jak Anglicy do Krakowa. I zapewne z tego samego powodu. Ładnie tu i tanio. Chlają i zachowują się tak jak na ogół pijacy pod każdą szerokością geograficzną.

Średnie i starsze pokolenie przyjeżdża po to, by powspominać. Choć częściej są to wspomnienia babek i dziadków. A jak wiadomo, przed wojną wszyscy Polacy mieli tu jak nie folwarki, to przynajmniej kamienice. Potomków przedwojennej biedoty w ogóle nie ma. Gdzieś wyparowali. Tylko ziemianie i kamienicznicy. Ściślej ich potomkowie. Czują się we Lwowie jak paniska. Do kelnerów zwracają się na ogół z wielkopańska, mówiąc jak do służby przez „ty”. No i te wspomnienia. Na ogół urojone. I poczucie wyższości. Ci sami ludzie zapewne byliby oburzeni, gdyby Niemcy tak się zachowywali we Wrocławiu czy Szczecinie.

Niektórzy jednak zwiedzają. W pałacu Potockich galeria malarstwa niczym nieustępująca zbiorom Czartoryskich, tak ostatnio w Polsce głośnym z powodu ogólnie znanej transakcji ministra Glińskiego. Cmentarz Orląt. Cmentarz Łyczakowski objęty opieką konserwatora. Oszpecony sowieckimi pomnikami z czasów, gdy cmentarz nie był jeszcze uznany za zabytek. Ale nie zdewastowany tak jak poniemieckie cmentarze na naszych Ziemiach Odzyskanych. Odnowione groby Goszczyńskiego, Konopnickiej, Ordona, Bełzy. Wspaniały grobowiec rodziny Baczewskich, tak bliskiej znawcom dobrych, przedwojennych (ale też współczesnych) wódek Baczewskiego. Cudowny kościół Dominikanów, zamieniony na cerkiew, podobnie jak kościół Bernardynów, w którym u Sienkiewicza Jeremi Wiśniowiecki otrzymał od wojska buławę. Czynna katedra łacińska z obrazem Matki Bożej Łaskawej, przed którym Jan Kazimierz składał śluby. Tak, to lwowska Matka Boża Łaskawa jest królową Korony Polskiej, a nie – jak zdaje się sądzić większość Polaków – Matka Boża Częstochowska. Wyjątkowej urody kaplica Boimów. Święty Jur. Piękny barok. Barokowa oprawa wschodniego obrządku. Albo odnowiona katedra ormiańska. Przecięcie się kultur bizantyńskiego Wschodu i łacińskiego Zachodu… Długo by wymieniać.

Tarnopol. Piękny kościół Dominikanów dziś jest cerkwią. Katedrą greckokatolicką. Ale zamek, przed wojną siedziba dowództwa 12. dywizji piechoty, odnowiony. Na nim tablica informująca, że wzniesiony został przez hetmana Tarnowskiego. Jego imię nosi plac przed zamkiem.

Brzeżany. Zamek Sieniawskich (informuje o tym tablica), później Potockich, w remoncie. Nie można wejść do środka. Na dziedzińcu remontowany kościół zamkowy, kiedyś zupełnie zrujnowany. Obok zamku niszczeją koszary. Niegdyś austriackie, przed wojną 51. pułku piechoty. Do niedawna należące do armii ukraińskiej, teraz opustoszałe.

Po wsiach denerwujące Polaków (nic dziwnego!) kurhany UPA. Podobnie jak pomnik Bandery we Lwowie.

Kontrast między dużymi miastami a prowincją ogromny. Widoczne są różnice w poziomie życia, w jakości dróg, ulic, porządku, zadbaniu domów i ich otoczenia. Nawet w jakości jeżdżących po ulicach samochodów.

Na dworcu kolejowym we Lwowie tuż przed odjazdem ukradziono mi portfel. Na szczęście paszport miałem osobno, wyjechałem z Ukrainy. Po przyjeździe do Polski niespodzianka. Na skrzynce głosowej nagrana wiadomość. Po angielsku! Znaleziono mój portfel, bez pieniędzy, ale z wszystkimi dokumentami. Znalazca informuje mnie, żebym się nie martwił. Odniesie do konsulatu. Są we Lwowie złodzieje, ale jak się okazuje, są też uczciwi ludzie.

Tak czy owak, musiałem w Polsce zgłosić kradzież i utratę dokumentów. Banki w ciągu trzech dni przysyłają nowe karty. Na dowód osobisty i prawo jazdy trzeba czekać miesiąc! Nie bardzo wiem, dlaczego banki potrafią się uporać z tym w trzy dni, a administracja potrzebuje dziesięciokrotnie więcej czasu.

Jestem w Polsce. Tu porcja sensacji. Dowiaduję się, że Jarosław Kaczyński ma problem z kolanem i Piętą. Jak widać, każdy ma swoje problemy.

Jak to miło wrócić do domu.

Wydanie: 24/2018

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Lwów, Polska, Ukraina

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy