Wojewoda Kaczyński

Wojewoda Kaczyński

Jest oczywistą oczywistością, że człowiek, który chce być co najmniej premierem, nie może pozwolić, by Polska stała się województwem w Unii Europejskiej. Wojewoda Kaczyński to fatalnie brzmi. Zwłaszcza w ustach zwolenników PiS. Nie może pozwolić, to i nie pozwala. Mniejsza z tym, że nikt nie chce w Unii takiego województwa. Za to jak patriotycznie brzmi obrona rzekomo zagrożonej suwerenności. Jarosław Kaczyński idzie do Unii Europejskiej różnymi drogami. Jako premier eurorealista, który ma duży udział w obecnym kształcie traktatu lizbońskiego. To przecież z nim brat prezydent godzinami konferował telefonicznie, dopinając szczegółowe zapisy traktatu. A po powrocie obydwaj ogłosili sukces. Swój i Polski. Bo jak mówili, osiągnęli więcej, niż mógł uzyskać ktoś inny. Przyjmowali liczne gratulacje. I mówili o korzyściach traktatu dla Polski. Ale to było parę miesięcy wcześniej. Teraz do Unii idzie Jarosław Kaczyński prezes eurosceptyk. Skąd ta zmiana? Przegrane wybory i kłopoty wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości. Łatwiej bowiem było połknąć na przystawkę Ligę Polskich Rodzin, niż teraz sprostać oczekiwaniom twardego, skrajnie prawicowego elektoratu. Eurosceptycy zebrali się teraz pod sztandarami PiS i nawet jeśli mają kilkuprocentowe poparcie, to prezes partii musi o nich zabiegać. Nie może sobie pozwolić na utratę tego elektoratu. Będzie więc chciał zachować jedność partii, która w ocenie Unii Europejskiej jest wyraźnie pęknięta. Więcej jest w PiS eurorealistow niż skrajnych przeciwników Unii. Jak pogodzić te dwa żywioły? Czy można wszystkich oszukać i zrobić swoje? Donald Tusk przekonał się na własnej skórze, że układanki z braćmi Kaczyńskimi mogą być niewiele warte. Poświęcił Kartę praw podstawowych, by uzyskać poparcie PiS i prezydenta dla traktatu, a teraz ma nowy pasztet i większą wiedzę, ile znaczy słowo braci.
W sporze o ratyfikację traktatu lizbońskiego coraz mniej chodzi o sam traktat i Unię, a coraz bardziej o nasze krajowe spory.
Polacy nie znają traktatu. Nic też nie zrobiono, by go poznali. Teraz dowiedzą się o nim więcej, bo stał się zakładnikiem sporów politycznych. Może więc warto wykorzystać ten wzrost zainteresowania, by dotrzeć do tych grup społecznych, które z różnych powodów boją się skutków traktatu. Kilka lat temu do najbardziej podatnych na argumenty eurosceptyków należeli rolnicy. Iluż polityków porobiło kariery na barykadach i protestach przeciw Unii? A dziś? Gdyby polskiej wsi ktoś próbował odebrać dotacje, to sam by musiał się chronić za barykadą. Trzeba było wielu rozmów i argumentów. Ale opłacało się.
Jak pamiętamy z ostatnich dwóch lat, Jarosław Kaczyński nie zwykł żartować. Sytuacja, w której się znalazł, jest na tyle poważna, że może podejmować decyzje, kierując się wyłącznie interesem własnego obozu politycznego. Co wtedy? Jeśli klasa polityczna z różnych powodów nie potrafi sprostać trudnym wyzwaniom, powinna skorzystać z demokracji bezpośredniej. Są takie momenty w historii, że warto odwołać się do obywateli. Referendum za ratyfikacją traktatu, ale też za przyjęciem Karty praw podstawowych może definitywnie rozstrzygnąć, jaka jest wola suwerena.

Wydanie: 12/2008

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy