Brzęczenie muchy

Dogmatem polskiej polityki jest założenie, że w sprawach zagranicznych wszystkie partie są zgodne i mówią jednym głosem. Dogmatowi temu zawdzięczamy to, że nadal tkwimy po uszy w Iraku, z którego wycofało się już kilkanaście państw, łącznie z Ukrainą, że stale dostajemy prztyczki w nos od Ameryki, a w Europie uważa się nas za „osła trojańskiego” nawet przy rozdziale posad w Komisji Europejskiej.
Dogmat o jedności narodu w sprawach zagranicznych jest owocem prowincjonalizmu. Wydaje się nam, że sprawami politycznymi, o które powinniśmy się kłócić w ramach walki partii i światopoglądów, są zdarzenia między Odrą a Bugiem, natomiast wszystko, co leży trochę dalej, jest sferą wspólnych interesów wszystkich Polaków, gdzie my, „swoi”, powinniśmy stać ramię w ramię wobec „obcych”. Ale w dzisiejszych czasach można tak myśleć, będąc plemieniem w australijskim buszu, nie zaś krajem w środku Europy. Tu podział na to, co zagraniczne i krajowe, jest coraz trudniejszy, najwyższy już czas to zrozumieć.
18 marca miało miejsce wydarzenie międzynarodowe, które przeleciało wprawdzie przez łamy naszej prasy, ale szybko machnęliśmy na nie ręką. Mam na myśli uroczyste przyjęcie, jakie prezydent Francji, Jacques Chirac, wydał na cześć swojego gościa, prezydenta Rosji, Władimira Putina.
O miłości Francji do Rosji napisano tomy rozpraw historycznych, lingwistycznych (w końcu najbardziej paryski wyraz bistro pochodzi od rosyjskiego bystro), a nawet psychoanalitycznych, gdzie miłość ta tłumaczona jest jako uczucie perwersyjnej damy do chłopa w gumiakach i kufajce. I można by tak się bawić nadal, gdyby nie fakt, że na spotkanie Chirac-Putin przylecieli spiesznie kanclerz Niemiec, Schröder, najbliższy sojusznik Francji, oraz premier Hiszpanii, Zapatero, który pierwszy, tuż po wyborze, wyprowadził wojska hiszpańskie z Iraku. Zrobiło się bowiem z tego spotkania coś całkiem poważnego. Być może nawet zarys nowego jądra Europy, w którym znalazł się Putin.
Nie jest przypadkiem, że ta paryska randka nastąpiła tuż po wizycie Busha i Condoleezzy Rice, którzy krążyli po Europie, zapewniając kolejne państwa europejskie o swojej solidarności, chociaż zarówno gospodarze, jak i goście tego objazdu mieli miny, jakby jedli cytrynę. Amerykanie, Bush i Rice, odwiedzili nawet Bratysławę, Warszawę oczywiście omijając, bo i po co ?
Co jednak ciekawe, także Putin, wracając z Paryża, wylądował po drodze nie w Warszawie rzecz jasna, ale w Kijowie, gdzie zjadł obiad w prywatnym domu „pomarańczowego” prezydenta Juszczenki, Juszczenko zaś przed tą wizytą zaprosił do siebie rosyjskich biznesmenów, zapewniając ich, że Ukraina stoi otworem przed ich interesami i pieniędzmi, mimo że „pomarańczowi” mieli być przecież, według naszych rachub, antyrosyjscy.
Czy nie pokazuje to przypadkiem, że oto z naszym dogmatem jedności w polityce zagranicznej jesteśmy coraz bardziej wyślizgiwani z lepszego towarzystwa, a ważna gra toczy się ponad nami, pozostawiając nam jedynie tak spektakularne gesty jak wysłanie do Waszyngtonu prof. Hausnera, aby tam jako były wicepremier upominał się o byłe 100 mln dol., które Amerykanie nam obiecali, ale nie zamierzają ich dać?
Dogmat o jednomyślności w sprawach międzynarodowych od lat zamyka usta w każdej poważniejszej rozmowie o polityce zagranicznej, pochlebiam więc sobie, że byłem jedynym publicystą, który dosłownie w przeddzień napaści na Irak napisał sążnisty artykuł w „Trybunie”, przewidując niemal wszystko, co się faktycznie stało.
Ale było to przecież tylko brzęczenie muchy, niewarte uwagi.
Tak samo brzęczeniem muchy będzie więc i moje obecne zdanie, że ustawiając się w pierwszym szeregu antyrosyjskiej hecy, ustawiamy się uparcie poza wszelką grą – i europejską, i amerykańską – przegrywając nasze szanse.
Europejską, bo mimo wszelkiego klajstrowania rysa pomiędzy fundamentalistyczną i imperialną Ameryką drugiej kadencji Busha a laicką i kosmopolityczną Europą będzie się pogłębiać. Różnić się będą coraz bardziej styl życia i charakter społeczny obu kontynentów. Różnić się będą ich ideały – po jednej stronie, ideał siły i żarłocznej konkurencji, po drugiej zaś, kryterium jakości życia i tolerancyjnej współpracy. I w tej nieuchronnej rozgrywce Rosja potrzebna jest Europie jako partner.
Co do szansy amerykańskiej z kolei, jeśli Ameryka będzie miała jakikolwiek interes do Rosji, to załatwi go sama, bez nas, którzy się wycofujemy z Rosji krok po kroku. Nie tylko ekonomicznie, bo pod tym względem praktycznie już nas tam nie ma, lecz także politycznie i moralnie. Choćby jako sojusznicy Rosji w II wojnie światowej. Bo przecież niewiele jest narodów, które tak jak Polacy razem z Rosjanami zdobywały Berlin. Teraz jednak zamiast myśleć, jak skapitalizować politycznie ten fakt, główną troską Polaków jest to, jak nasikać do tego mleka.
Nasza obsesja antyrosyjska jest chorobą. Psychoanalityk powie, że usprawiedliwioną. 17 września 1939 r., Katyń, wywózki – wszystko to prawda. Ale leczymy się z tych urazów już od 15 lat według wszelkich przepisów psychiatrii, mówiąc na głos i w kółko, co było 60 lat temu. Bierzemy też odwet, wytykając Rosji i Putinowi wszystko, co dzisiaj robi, naszym zdaniem, niedemokratycznie i niegodziwie, co też traktować można jako rodzaj terapii, mającej uleczyć nasze fobie i kompleks niższości. Byłby już jednak czas wstać z kanapy psychoanalityka i zająć się polityką, w której karta rosyjska jest i pozostanie jedną z najważniejszych.
Tę politykę uprawia Lech Kaczyński. Wykonuje on gesty małpiej złośliwości, jaką jest nazwanie – na złość Rosji, rzecz jasna – skweru w Warszawie imieniem Dżochara Dudajewa. Diabli wiedzą, kim był naprawdę Dudajew, radziecki generał lotnictwa i prezydent Czeczenii, nie wie tego do końca nawet Wojciech Jagielski, autor „Wież z kamienia”, najlepszej książki o Czeczenii. Diabli jednak wiedzą także, kim był i jaki miał związek z terroryzmem i zbrodnią w Biesłanie zabity niedawno czeczeński prezydent Maschadow, choć wie to ponoć nasz minister Rotfeld i wmanewrowuje Polskę w dyplomatyczne gesty wrogości wobec Rosji.
Kaczyńskiego rozumiem. Jest przeciwnikiem UE, w nadchodzącym referendum będzie głosował przeciwko jej konstytucji, a więc drażniąc się z Rosją, oddala nas świadomie od sceny europejskiej. Nie rozumiem jednak ministra Rotfelda, którego rząd parafował tę konstytucję i zapowiada, że będzie za Europą.
Najbardziej zaś nie rozumiem naszej mężnej lewicy, która zapowiadając, że sprawę UE postawi jako swoje główne hasło w nadciągających wyborach, myli Katyń z Jałtą, a Jałtę z Groznym, zgodnie z naszą chwalebną doktryną, że w sprawach zagranicznych zachowujemy jednomyślność.
Tylko dlaczego ta jednomyślność jest zawsze po myśli antyeuropejskiej, prowincjonalnej prawicy?

 

Wydanie: 13/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy