Książeczka

Pan minister Handke bardzo uroczyście ogłosił wreszcie swoją “niebieską książeczkę”, która tym razem nie jest książeczką do nabożeństwa, lecz planem dalszej reformy szkół ponadgimnazjalnych. O reformie tej sami urzędnicy MEN-u mówią, że przygotowana jest w 80 procentach, co, znając reformatorskie talenty naszego rządu, oznacza, że nie jest przygotowana w ogóle. Jest to jednak o tyle niegroźne, że rozpocząć się ma ona w 2002 roku, a więc w czasie, kiedy, według wszelkiego prawdopodobieństwa, już nie p. Handke i jego ekipa zarządzać będą naszym systemem edukacyjnym.
Według “niebieskiej książeczki”, oświata ponadgimnazjalna przejść ma zasadnicze zmiany. Zlikwiduje się technika, a także szkoły zawodowe, jako zbyt jednostronne, natomiast wszystko to obejmą licea, które będą “profilowane”, przybierając profile zaiste dosyć osobliwe. Tak więc będziemy mieć na przykład profil “akademicki”, a obok niego “artystyczno-kulturalny” i “usługowo-społeczny”, tak jakby kultura i sztuka nie miały nic wspólnego z akademickością i nie były w sumie społeczną działalnością usługową. W niektórych liceach uczyć się będzie jakichś zawodów praktycznych, co ma rekompensować likwidację technikum, ale bez przesady, na 20 procent, jak określiła to pani wiceminister Radziwiłł. W nowych liceach nie będzie informatyki, a zamiast tego pojawi się, zgodnie z duchem czasu, “przedsiębiorczość”. Na czym polegać może przedsiębiorczość bez informatyki, jest tajemnicą MEN-u, zapewne na sztuce omijania przepisów podatkowych, w czym informatyka jednak także może się przydać.
Nie warto omawiać wszystkich myśli z “niebieskiej książeczki”, sam MEN mówi, że jest “otwarty na propozycje”, co znaczy pewnie, że niczego do końca nie przemyślał. Zawartość tej książeczki spotkała się, jak można przeczytać w prasie, z aprobatą ministra Komołowskiego, który twierdzi, że ten właśnie model oświaty odpowiada zapotrzebowaniom rynku pracy, nie wiadomo tylko, czy tego rynku, na którym stale rośnie stopa bezrobocia.

Jedno wszakże wyziera z tej książeczki niewątpliwie, to mianowicie, że system oświaty nadal utrwalać ma to, co dotychczas przyniósł nam nasz system społeczno-gospodarczy, a więc coraz głębsze rozwarstwienie społeczne i likwidację całych dziedzin naszej gospodarki. Na konferencji w gdańskim Dworze Artusa szef MEN-u, p. Handke, jak czytamy (“GW”, 11. IV br.), motywując likwidację szkół zawodowych, mówił na przykład: “Dramatem młodzieży na wsi jest to, że często jedyną szkołą średnią w okolicy jest technikum rolnicze i wszyscy tam idą. A potem trafiają gromadnie na bezrobocie”. Znaczy to po prostu, że rolnictwo tak czy owak skazane jest na likwidację niezależnie od tego, czy nasyci się je kadrą wykształconych, nowoczesnych rolników, i nie warto się go uczyć nawet na wsi. Minister zapewnił także, że w myśl jego reformy, wykształcenie średnie zdobyć ma 80 procent młodzieży.
Średnie – to znaczy jakie?
Otóż średnie – to znaczy ponadpodstawowe, czyli gimnazjalne i licealne. I brzmi to naprawdę pięknie, dopóki nie uświadomimy sobie, że poniżej owego średniego wykształcenia znajduje się już tylko po prostu sześcioklasowa obowiązkowa szkoła podstawowa. Brzmi to również pięknie, dopóki nie obliczymy, że jeśli nawet 80 procent młodzieży trafi do owych szkół średnich, gimnazjów i liceów, to i tak co piąty młody Polak zatrzyma się na sześciu latach nauki, w trakcie których będzie mógł się nauczyć najwyżej czytania, pisania i tabliczki mnożenia. Nie trzeba dodawać, że ta jedna piąta młodzieży to przede wszystkim młodzież wiejska, małomiasteczkowa, z klas pracujących fizycznie i nisko uposażonych. Można, a nawet pewnie trzeba, tak lub inaczej, mniej lub bardziej finezyjnie “profilować” (ten wyraz wszedł, zdaje się, w modę w MEN-ie) licea, co nie zmienia jednak faktu, że cały system oświaty, który wyłania się z tych wszystkich przymiarek, jest systemem antydemokratycznym, to znaczy kładącym sześcioklasowy szlaban przed co piątym młodym człowiekiem w naszym kraju.
Wiem, że nie jesteśmy w tym osamotnieni. Na podobnej zasadzie zbudowany jest system oświaty publicznej w Stanach Zjednoczonych, gdzie świetnym prywatnym college’om, uniwersytetom i szkołom prywatnym towarzyszą szkoły publiczne, których absolwenci często nie umieją czytać. Są to głównie Murzyni z czarnych gett. Nasi Murzyni zamieszkują Koszalińskie, Rzeszowskie i okolice Grójca. Wygląda na to, że tam już pozostaną.
W tę stronę zdają się zmierzać starania MEN-u, aby stworzyć wysmakowany system licealny, którego filozofią, jak powiedział “Gazecie Wyborczej” rektor Politechniki Wrocławskiej, będzie sprawdzanie wiadomości “na wyjściu”, a nie “na wejściu”. Nie sądzę jednak, aby mogły to być starania skuteczne, jeśli “wejściem” będzie byle jaka, sześcioletnia podstawówka. Sytuacja przypomina raczej to, co dzieje się w sporcie. Oczywiście, że wszędzie może się zdarzyć cud i nagle wyłonić się może jakiś genialny sportowiec lub nawet cała drużyna w rodzaju niegdysiejszej naszej jedenastki piłkarskiej. Ale w normalnej sytuacji prawdziwy sport wyczynowy możliwy jest tam, gdzie przy każdej szkole jest boisko, a w każdej dzielnicy przyzwoity kort tenisowy.
Projektowany system edukacyjny nie tylko wyklucza z wszelkich możliwości awansu oświatowego 20 procent społeczeństwa, ale sprawia, że ci, którzy przychodzą do szkoły średniej czy nawet na wyższą uczelnię, w sporym stopniu nie nadają się do dalszego kształcenia z powodu elementarnych braków podstawowych, z nieznajomością ortografii włącznie i niewiele można z nich “wyprofilować”.
Można, oczywiście, nie traktować poważnie “niebieskiej książeczki” ministra Handkego, którą ogłosił on, jak czytam, przy dźwiękach piszczałek jakiegoś dziecięcego zespołu, z przyczyn, o których mówiłem na początku. Ale nie można, widząc rozmaite fikuśne drzewka, które zostały opisane w tej książeczce, nie widzieć powstającego z nich lasu.
Po prostu koniecznie trzeba mieć inny, lepszy, całościowy pomysł na demokratyczną oświatę – jedną z niewielu rzeczy, o których warto rozmawiać na serio.
KTT

Wydanie: 16/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy