Godność?

Przewaliła się już wielka fala obchodów 25-lecia „Solidarności”, w trakcie których Polacy poprawiali sobie samopoczucie jako naród, który zmienił losy świata, zabłysnął bohaterstwem i rozsądkiem równocześnie, a nawet był świadkiem, jak określił to prof. Geremek, „historycznego cudu”.
Psucie tego nastroju byłoby głupotą, zwłaszcza wobec pokolenia, które – jak opisał to w „Polityce” Jacek Żakowski – przeżyło wówczas swój „wielki karnawał”. „Za takimi chwilami tęskni się całe życie. Albo się na nie całe życie czeka”, powiada autor.
Lecz po „karnawale” musi przyjść pora na myślenie.
Warto więc przypomnieć, że władze PRL, cokolwiek by o nich sądzić, były na tyle przebiegłe, że uporczywie powstrzymywały się od publikowania lub choćby nawet cytowania Manifestu PKWN, będącego symbolicznym zaczynem nowego państwa. Działo się tak, ponieważ w Manifeście opisane zostało państwo demokratyczne, parlamentarne, wielopartyjne, oparte na trzech równoprawnych formach własności – państwowej, prywatnej i spółdzielczej. A więc państwo, do którego prawdziwa PRL była niezbyt podobna.
Spadkobiercy tradycji „Solidarności” z okazji 25-lecia starali się przypominać 21 postulatów strajkowych, które stały się symboliczną podstawą III Rzeczypospolitej. Zabrakło im jednak tej przebiegłości, którą wykazały władze PRL. W istocie bowiem owych 21 postulatów jest obecnie czymś ogromnie niezręcznym, a to z dwóch względów.
Po pierwsze, dlatego że – o czym milczy się dziś uporczywie – zostały one zaakceptowane i podpisane przez przedstawicieli rządu PRL i PZPR-owskiej monopartii. „Komuna” nie była więc wówczas jedynie czarnym ludem, szczerzącym w stronę strajkującej klasy robotniczej jedynie zęby i karabiny, lecz partnerem, poszukującym kompromisu. Że ludzie ci nie robili tego dobrowolnie? Że nieprzymuszeni przez masowy ruch społeczny zwlekaliby z przyjęciem postulatów robotniczych przez dziesięciolecia? Ależ oczywiście! Lecz „porozumienia gdańskie” nie były zburzeniem Bastylii, tylko porozumieniem, w którym występował jakiś partner, o którym dzisiaj pragnie się zapomnieć.
Zostawmy jednak ten drobiazg. Lektura 21 postulatów przynosi dziś bowiem znacznie większe zdumienia. To prawda, że mieści się wśród nich zbiór żądań politycznych, a więc wolne związki zawodowe, uwolnienie więźniów politycznych, wolność słowa, msza transmitowana przez radio. O tych postulatach mówi się obecnie dużo i triumfalnie, zapominając, że podstawową treścią dokumentu, spisanego na desce, która została uznana za zabytek ludzkości, są postulaty socjalne.
Robotnicy żądali więc krótszego tygodnia pracy, wyższych uposażeń, dłuższych urlopów wypoczynkowych, a także „punktów za pochodzenie” dla swoich dzieci przy naborze na wyższe uczelnie, nie mówiąc o kartkach na mięso, aby zapewnić sprawiedliwą jego dystrybucję. Ten wykaz uzmysławia nam nie tylko, o co walczono, lecz także w jakim państwie walczono. Wynika z niego, że działo się to oczywiście w „państwie niedoboru”, jak określił tzw. realny socjalizm węgierski ekonomista, ale też w państwie egalitarnym, państwie pełnego zatrudnienia, państwie opiekuńczym. Państwie, które, zdaniem strajkujących robotników, dlatego było państwem złym, że nie było w stanie zapewnić tych dóbr.
Obraz III Rzeczypospolitej jest dziś równie daleki od 21 postulatów „Solidarności” jak obraz PRL był daleki od Manifestu PKWN. Dzisiejszy bezrobotny marzy bowiem nie o krótszym czasie pracy, lecz o pracy w ogóle, dzisiejszy robotnik marzy nie o wyższym uposażeniu, lecz o uposażeniu najniższym, za które da się wyżyć, nie o dłuższych wczasach, lecz o wczasach w ogóle, a o uczeniu dzieci na wyższych uczelniach myśli coraz rzadziej.
To prawda, że obok „karnawałowych” wspominków, produkowanych – jak zauważył to trafnie Ludwik Stomma – przez coraz większą liczbę sierpniowych kombatantów, pojawiło się z okazji jubileuszu „panny S” kilka głosów wartych uwagi. Mam tu na myśli artykuł Adama Michnika „W poszukiwaniu straconego sensu” („Gazeta Wyborcza”, 27-28.08 br.), w którym autor pisze, porównując dzisiejszą rzeczywistość polityczną z marzeniami z roku 1980, że „tacy właśnie, poranieni, sfrustrowani, upaprani świętować będziemy 25-lecie rewolucji solidarnościowej”. Mam tu na myśli wywiad Kazimierza Kutza „Nie jadę do Gdańska” („GW”, 26.08 br.), w którym autor mówi, że „25 lat „Solidarności” to święto tych, którzy najwięcej zyskali na przemianach – najcwańszych, inteligentnych, tych, co się odnaleźli w polskim drapieżnym kapitalizmie. Ci, którzy harowali na „Solidarność”, najwięcej stracili na zmianach”. Przypomniano także, tym razem w debacie międzynarodowej, dowcip brytyjskiego premiera, Harolda Macmillana, który nawiązując do rozmodlonej religijności sierpniowych strajków 1980 r., miał ponoć powiedzieć, że „miło jest wreszcie widzieć klasę robotniczą na kolanach”.
Wszystkie te jednak nawet gorzkie rozważania o „straconym sensie” wydarzeń sprzed 25 lat obracają się w sferze moralnej. Michnik ubolewa, że oto etos tamtych dni gubi się dzisiaj w ubeckich teczkach i obrzydliwych porachunkach w obozie ówczesnych zwycięzców. Żakowski wspomina, że już wówczas, w czasach „karnawału”, nie brakowało podobnych akcentów. Nawet Jadwiga Staniszkis, tak wyczulona na biznesowo-aferalny charakter wielu zdarzeń, mówi, że w czasach „Solidarności” odbudowano ludzką godność.
Nikt jednak nie mówi prostej prawdy, że zmieniono wówczas ustrój społeczno-gospodarczy Polski. Że ćwierć wieku temu klasa robotnicza przyczyniła się do wprowadzenia kapitalizmu, a więc systemu społeczno-gospodarczego, który przy wielu swoich pragmatycznych zaletach zamienił tę klasę po prostu w siłę roboczą. Jest to zaś fakt podstawowy, ciągle omijany przez rocznicowe refleksje.
Można się wzruszać minionym czasem, można, idealizując go, ubolewać nad jego utratą. Myślę jednak, że prawdziwe zrozumienie tych faktów możliwe będzie tylko wówczas, kiedy zauważymy, że wraz ze zmianą ustroju, który przyjęliśmy zresztą w jego najgorszej, pierwotnej wręcz formie, zmieniły się także podstawowe paradygmaty życia społecznego. W kapitalizmie liczy się nie solidarność, ale przewaga jednych nad drugimi, osiągana w konkurencyjnej walce społecznej. Liczy się nie cnota ubóstwa, lecz atrybut bogactwa. Wolność jednostek nie jest wartością daną lub należną każdemu, lecz dobrem, które jednostka kupuje sobie za zdobytą pozycję majątkową. Także godność, najwyższa wartość, jaką rzekomo odzyskało nasze społeczeństwo, zgina kark, gdy chodzi o chleb.
Wszystko inne, nad czym ubolewają krytyczni komentatorzy sierpniowej rocznicy, jest pochodną zmienionego paradygmatu społecznego. Połączenie tej zmiany z egalitarną, braterską legendą sprzed ćwierćwiecza wymaga nie lada wysiłku. I chyba nie może się już udać.

 

 

Wydanie: 37/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy