Mieszczański, czyli jaki?

Mieszczański, czyli jaki?

Jest uśmiechnięty, piegowaty i modnie ubrany. Wielkomiejski luz widać wszędzie: spod czapki (w tej czapce nie chodzi o to, żeby grzała) wystają długie włosy, w uchu uśmiecha się kolczyk. Koszulki są wymięte (ironicznie). Znamy się z teatru i kiedy spotykamy się w wielkomiejskiej, stylizowanej na francuską knajpce, siadamy razem przy stole. Ciekawi mnie, jest dobrym artystą, uważnie go słucham. „Mieszczański spektakl”, mówi. „Moi mieszczańscy rodzice”. „Ojej, jakie mieszczańskie”. To mi się ciągle zdarza – myślę. Ciągle słyszę to słowo w różnych kontekstach i mam niejasne uczucie, że pogubiły mu się desygnaty. Czyżby używano go nadal w tonie pogardy albo chociaż pobłażliwie, sięgając do młodopolskich znaczeń, kiedy to kapłan artysta siusiał na mieszczanina z góry na dół? Czyżby sięgano do rewolucji francuskiej, kiedy burżuazja kojarzyła się z szatanem? Pytam koleżankę: mieszczański, czyli jaki? – Miejski, ale i opresyjny w tym sensie, że stojący na straży roli społecznej, kontrolujący rolę, nieprogresywny. Może… staroświecki, konwencjonalny? Realizujący stare formuły, modele (np. rodziny), pozostający na bezpiecznych pozycjach?

Im dłużej mówi, tym bardziej „mieszczański” w jej ujęciu pokrywa się z „konserwatywny”. Traci z oczu granice. Pojęcia stają się płynne. Ale przecież ja też zawsze uważałam to słowo za najbardziej obraźliwe. Nie znałam większej obelgi! W głupocie jest przynajmniej jakaś niewinność, w mieszczańskości – intencjonalne wygodnictwo i krótkowzroczność. „Mieszczańskie zwyczaje”, „mieszczański spektakl”. To oznaczało ubóstwo intelektualne, zachowawczość, hipokryzję. Krótko mówiąc, mieszczańskie było z definicji bezwartościowe, jak hollywoodzki film – wprawdzie miło się go ogląda, ale ostatecznie pozostawia nas obojętnymi. Aż dziw, że najlepsi na świecie aktorzy to właśnie czołowe gwiazdy Hollywood. Ach, amerykański sen jest w końcu tylko snem, a one mają mały wpływ na rzeczywistość. Inaczej niż fizjologia. Ale przecież zbieranie gówienek po włas­nym psie jest mieszczańskie jak cholera. Sobota w teatrze to mieszczański rytuał, publiczność, w związku z którą teatr istnieje, też jest mieszczańska. Większość realistycznych powieści to powieści mieszczańskie. Czy temu słowu, które nieco się zagubiło, nie przysługuje redefinicja? Czy nadal jest pogardliwe? A może używając go jako przysłowiowego wora (przysłowia są bardzo mieszczańskie!), powinniśmy objaśnić, o co chodzi?

Subkultury buntu – ekoterroryści, punki, grafficiarze, „Młodzi po stronie maszyn” – to także miejskie ruchy, chociaż oczywiście alternatywne wobec mainstreamu. To ruchy alternatywne, zmutowane, ale wyrosłe na słynnej „tkance miasta”. Hipsterzy gardzący konsumpcjonizmem (na niby!), wyścigiem szczurów i kapitalizmem (drobnomieszczański typ to dla nich dorobkiewicz, nowobogacki, a nie przedsiębiorczy) są przecież kwintesencją mieszczaństwa. Są wybitnie miejską subkulturą, drobnym ekscesem, przyjazną modą na slow life. To naturalny zwrot po ślepym wyścigu lat 90. Pokolenie hipsterów czuje się w Polsce bezpieczniej niż ich rodzice. Ma więcej czasu, bywa aktywne społecznie i chętnie korzysta z kart kredytowych rodziców. Hipsterzy jako ruch barwny i ironiczny nie mają w sobie wprawdzie idealizmu hipisów, ale też są zbudowani na pozytywnej emocji. To jasna, dobrze czująca się grupa.

Wystarczy, że spektakl jest bardzo dobry formalnie, że ma spójną strukturę – nawet jeśli pozostaje abstrakcyjny, może być posądzony o „mieszczańskość” (z powodu „piękna”?). Czy niemieszczański oznacza od razu dobry? Czy „poszukujący” nie może być pretensjonalny i grafomański? Chowamy się za słowami kluczami, próbujemy się „dogadać”. Dobrze jest czasem rozmontować jakąś hierarchię, wyświęcić inny kanon, pogmerać w jakimś pojęciu jak w baterii. „Tato, chciałem sprawdzić, co ona w sobie ma”. Pojęcie mieszczańskości ma w sobie teraz bałagan. Bałagan też bywa ożywczy. Teraz to słowo poskładaj sobie sama, sam.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy