Kogut bez jaj

Francuzi kochają ostatnio Chiny. Bo nie brzydzi ich, jak w Polsce, przymiotnik „komunistyczny”. Zachwyca ich stara kultura chińska, egzotyka i potęga Państwa Środka. Ta też nie budzi obaw, bo jest daleko. Francuzi kochają Chiny jak Rosję. Bo to kraj pełen smaków, a jednocześnie nierozpoznany, tajemniczy. Dowodem francuskiej miłości do Chin było niedawne powitanie prezydenta Hu Jintao w Paryżu. Wtedy nawet wieżę Eiffla udekorowano na czerwono. W kolorze miłym francuskiej lewicy, a w Azji Południowo-Wschodniej tradycyjnie uważanym za szczęśliwy.
Aby obrzydzić Francuzom taką nieposkromioną miłość, popularny francuski liberalny pisarz polityczny, Guy Sorman, autor znanych w Polsce książek „Amerykańska rewolucja konserwatywna” czy „Rozwiązanie liberalne”, napisał pamflet na obecną czwartą potęgę gospodarczą świata. Powstał on w ciągu roku, w czasie licznych podróży autora do Chin, rozmów z osobami deklarującymi się jako opozycjoniści lub przez autora tak zakwalifikowanymi. Sorman, wchodząc do chińskiego lasu, wiele drzew obmacał. Ale istoty lasu nie dostrzegł lub nie chciał zobaczyć.
Wszystko prawie, co tam ujrzał, usłyszał, poczuł, jest złe. Trudno znaleźć na 236 stronach pamfletu coś pozytywnego o zmianach zapoczątkowanych w 1978 r. przez Deng Xiaopinga. Chińczycy zwykli mawiać: Mao zjednoczył Chiny i pokazał, że jesteśmy jednym narodem, przywrócił nam narodową dumę. Deng nauczył nas, jak się bogacić. Czemu francuski liberał tak alergicznie reaguje na każdą informację o przykładach chińskiego bogacenia się?
Bo to bogactwo niesprawiedliwe. Niewynikające z mozolnego rozwoju, tylko z wyzysku ludzi. Demokratycznych ograniczeń. Źródłem zła w Chinach jest hierarchiczny konfucjanizm, którego Sorman nie lubi, uważając go za podobny do ideologii komunistycznej. Zżyma się, że rządząca obecnie Chinami partia, którą arcypoważnie traktuje jako „komunistyczną”, buduje swe wpływy, czerpiąc z chińskich, konfucjańskich tradycji. Niedemokratycznemu, hierarchicznemu konfucjanizmowi przeciwstawia wolny, buntowniczy, romantyczny taoizm. Współcześnie te elementy zdrowego buntu znajduje w ruchu, zwanym też sektą Falun Gong. Podobnie jak wielu jego obrońców akcentuje antyreżimowość ruchu. Nie wspomina, iż jest on antykapitalistyczny i antyliberalny. Rządząca w Chinach partia nie zwalcza Falun Gong za ćwiczenia duchowe i gimnastyczne, lecz za kwestionowanie wolnego rynku, komercji, konieczności masowej produkcji, bogacenia się. Czyżby francuski pisarz przystąpił do tego najbardziej rozreklamowanego medialnie na Zachodzie ruchu?
Chiny są złe, bo traktują wieś jak kolonię wewnętrzną. Bo wzrost gospodarczy oparty jest na taniej sile roboczej, stale płynącej z przeludnionych, nadal niezwykle biednych regionów. Czemu władza zamiast wypasionych, kosztownych autostrad nie buduje wiejskich szkół, ośrodków zdrowia, domów kultury, grzmi francuski liberał, który w Chinach zmienił się w radykalnego komunistę. Oczywiście, że zasobna w nadwyżki budżetowe władza mogłaby domy kultury i szpitale na prowincji budować, ale bez komunikacji i motywacyjnych pensji nie zaludni ich fachowym personelem. Pozostaje pytanie, co jest lepsze – praca w mieście i oszczędności kosztem wyrzeczeń czy biedowanie na wsi, bez perspektyw, bo ziemi uprawnej nie rozciągnie się?
Guy Sorman postanowił obrzydzić Francuzom Chiny i jako zachodni liberał skrytykował je z lewicowych pozycji. We Francji pewnie znalazł poklask. W Polsce poza medialnymi obrzydzaczami Chin – uważanych nadal przez niedouczonych publicystów za „komunistyczne”, czyli złe – ten antychiński pamflet pomnożył prochińskich zwolenników twardych gospodarczych reform i budowania potęgi gospodarczej wewnętrznymi źródłami akumulacji. Galijski kogut piejący po chińskim roku koguta jaja nie zniósł.
Guy Sorman, „Rok koguta. O Chinach, rewolucji i demokracji”, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2006

 

Wydanie: 29/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy