Karski widział jasno

Karski widział jasno

Najpierw doszły do mnie wiadomości o Janie Karskim bardzo skąpe, ale było w nich coś, co mnie zafrapowało. Pisałem o nim kilkanaście lat temu. Karski już jako młody człowiek przyciągał uwagę swymi walorami fizycznymi i umysłowymi, budził zaufanie tam, gdzie podejrzliwość była naturalnym i uzasadnionym nastawieniem. Na żadnym stanowisku zaufania nie zawiódł. Wojenne czyny Karskiego nie spowodowały niczego ważnego, ale pokazały jego format, który objawił się również w tym, jak rozumiał wydarzenia wielkiej skali i nie tylko wielkiej. W Karskim podziwiam rozum, a mniej czyny bohaterskie, które były bezowocne, bo los był silniejszy.
Wybierał się z drugą misją kurierską do władz emigracyjnych. W Krakowie człowiek z konspiracji uprosił go, silnie nalegając, aby dodatkowo zabrał rolkę filmu, gdzie miały być zawarte rzekomo ważne informacje dla rządu. Kraski wiedział, że to nierozważne, nie chciał zabierać czegoś, co w razie wpadki stanowiłoby namacalny corpus delicti, ale uległ. Stało się najgorsze. Torturowany przez Gestapo postanowił popełnić samobójstwo. Z podciętych żył krew jednak nie spływała. W szpitalu w Nowym Sączu, gdzie był pilnie strzeżony, siatka konspiracyjna, w której ważną rolę odgrywał Józef Cyrankiewicz, zorganizowała mu ucieczkę. Bezpośrednim i pośrednim skutkiem ucieczki było zabicie przez Niemców kilkudziesięciu ludzi, w tym 40 przypadkowo dobranych zakładników. Nie dziwimy się, że Karski miał z tego powodu poczucie winy, co różni go zasadniczo od typowych działaczy konspiracji, którzy zazwyczaj uważają się za tym większych bohaterów, im więcej ludzi ginie z ich przyczyny, czego najlepszym przykładem są dowódcy powstania warszawskiego.
Wywiad-rzeka przeprowadzony z Janem Karskim przez Macieja Wierzyńskiego i wydany pod tytułem „Emisariusz” oprócz relacji o faktach zawiera także treści ważne dla filozofii politycznej. „Przegląd” przedrukował fragment tej książki, w tym miejscu użyteczne będzie przytoczenie dłuższego cytatu o ogólniejszym sensie. „Niech pan pamięta – mówi Karski – że ja mam 82 lata. Mnie się zdaje, że za dużo widziałem w czasie wojny – za dużo nieszczęścia, niesprawiedliwości, krzywdy”. To prawda, że polski ruch podziemny był największy w Europie. „Gazet podziemnych (o ich treści Karski miał bardzo niepochlebną opinię) wychodziło więcej niż przed wojną. Komunikacja z Londynem, dywersja, partyzantka, oddziały leśne – to wszystko było rozbudowane do nieprawdopodobnego poziomu”. Gdy wybuchło powstanie warszawskie, Armia Krajowa miała w ewidencji pół miliona ludzi. „Wykolejano pociągi, ale za każdy wykolejony pociąg Niemcy palili całe wsie. Aresztowania, egzekucje. Straty były potworne. Taka była cena”. Wszystko to wiemy, ale cytuję te zdania, bo są one przesłanką ogólniejszego wniosku, który się narzuca, ale nie jest wyciągany. „Dziś zadaję sobie pytanie: a gdyby nie było polskiego ruchu podziemnego lub gdyby miał mniejszą skalę, co by się wtedy działo? Nie mam wątpliwości: alianci i tak by wojnę wygrali. Wojna bez naszego udziału nie byłaby dłuższa nawet o jeden dzień. Wojnę wygrali alianci, bo zbudowali dziesiątki tysięcy okrętów, bombowców, czołgów. One wygrały wojnę, a nie ruch podziemny. Czy warto było ponosić tyle strat?”. Polscy patrioci będą oburzeni, mówi dalej Karski, bo Polacy w całej swojej historii chlubili się skłonnością do poświęceń. „Do poświęcenia własnego narodu, własnego ludu, nie licząc się ze stratami”. Od siebie dodam, że tego rodzaju skłonność, w moim przekonaniu, jest dowodem bezduszności, a nie jakiejś cnoty heroicznej. W czasie wojny, mówi Karski, czułem jak inni, nienawidziłem wrogów, walczyłem, chciałem popełnić samobójstwo, aby nie zdradzić sekretu: „Ale po wojnie wyciągnąłem wnioski. Niech się pan zastanowi: historię piszą ci, którzy przeżyli. Ci, których ta historia pożarła, którzy zginęli w nędzy, w głodzie, zimnie, w torturach – oni mówić nie mogą”. Oni mieliby inne zdanie, gdyby mogli mówić w zaświatach, niż ci, którzy przeżyli i chwaląc walkę, chwalą siebie. „Ja do tej kategorii ludzi nie należę”.
Jeżeli historia uczy, to tylko jednostki, i to wyłącznie te, które mają rozum. Narodów ona niczego nie uczy, a już polski naród jest chyba najmniej zdolny do takich nauk. Owa bezduszność czasu wojny przejawiająca się w poświęcaniu ludzi, wystawianiu ich na pewną śmierć jest znowu wywyższana i stała się treścią pedagogiki narodowej, której pod szkolnym przymusem poddawana jest głównie młodzież na wszystkich poziomach nauczania.


Wszystkie państwa posiadają armie, ale nie wszystkie tego potrzebują. Czesi przed II wojną światową mieli doskonale uzbrojoną armię. Jednakże, gdy zostali najechani, wcale jej nie użyli. Wydatki na wojsko w momencie próby okazały się dla nich czystą stratą. Polska armia stawiła opór i została doszczętnie pobita. Polska poniosła stratę podwójną, bo do bezużytecznych wydatków na wojsko trzeba dodać zniszczenia wojenne 1939 r., których by nie było, gdybyśmy nie mieli żadnej armii. Są takie koniunktury geopolityczne, gdy armia naraża na większe niebezpieczeństwo niż brak armii. Zbroić się trzeba tylko po to, aby słabsze od nas państwo nie próbowało narzucić nam swojej woli. Przed silniejszymi wojsko nie obroni. Dla wielu narodów jest ono kwestią źle pojętego honoru, a nie realnej potrzeby.

Wydanie: 44/2012

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy