Morze Czarne i okolice

Neal Ascherson jest Szkotem, dziennikarzem, korespondentem z pogranicza Azji i Europy, autorem książki „Morze Czarne”, próby syntezy geograficzno-historyczno-politycznej, zresztą znakomicie napisanej. Przeczytałem to z wypiekami na policzkach, ponieważ sam jestem w trakcie pisania podobnej książki o Europie. Znalazłem więc dużo punktów stycznych, spraw, o których i Ascherson, i ja wręcz musieliśmy napisać. I napisaliśmy, tylko że to, co dla Aschersona białe, mnie się przedstawia jako czarne i odwrotnie. Aschersona wydał poznański Zysk, a przełożył Tomasz Bieroń, moja książka się kończy, za parę miesięcy kto zechce, może porównać. Zarówno Europa, jak i rejon czarnomorski to przeogromne kotły wszelakich narodów, a tym samym konfliktów. Ascherson spogląda na swój temat z perspektywy to Krymu, to Kaukazu, ale tak naprawdę to Londynu. Łaskawy pan przyjechał, docenił, poklepał po ramieniu. Nie lubi wprawdzie Greków, Turków, Gruzinów i chyba Ukraińców, czy ja wiem, a może to taki angielsko-szkocki sposób lubienia? Dużo o Polsce, Mickiewiczu i sarmatyzmie.
Zdaniem autora, Polska jest bardziej orientalnym krajem niż Rosja, co jest jednak leciuteńką przesadą. Polacy niemal wszystko wzięli ze Wschodu, nawet polski Sejm to tylko odbicie kurułtaju tatarskiego. A oto wizerunek naszych przodków: „Na początku XVIII wieku polski szlachcic-Sarmata był zaskakującą, niepowtarzalną postacią. Podgalał włosy, hodował długie zakręcone w dół wąsy (sarmatyzm wąsów Lecha Wałęsy czynił cuda w służbie „Solidarności w 1980 r.) i wkładał kontusz ze specjalnie szerokim pasem. Zamiast miecza nosił zakrzywioną szablę, z rękojeścią często wysadzaną złotem i klejnotami. Słowem wyglądał jak Turek – czy może sturczony Tatar”. Pod Wiedniem trzeba było żołnierzy przyozdobić wiechciem słomy, żeby zachodni sprzymierzeńcy w ogóle mogli ich odróżnić od Turków…
Prawda, ale równocześnie autor z dużą sympatią traktuje ludy koczownicze, posuwając się nawet do twierdzenia, że ich kultura jest równa kulturze ludów osiadłych. Nie mam nic przeciwko koczownikom, w ogóle człowiek, wedle mnie, jest raczej wędrowcem i tego rodzaju zachowania odżywają, kiedy tylko mogą przez całą naszą historię. Porównywanie różnych kultur czy raczej ocenianie ich wygląda w pierwszej chwili na absurd, ale po zastanowieniu można znaleźć jakieś kryterium. Nie ma sensu stwarzanie skali jakościowej, natomiast można przedstawić kryteria „policzalne”. Na przykład ilu twórców czeskich, w stosunku do polskich, przebiło się do świadomości całej Europy czy może i świata? W swojej książce piszę o tym bardziej szczegółowo, natomiast Ascherson traktuje sprawę „po uważaniu”. Naturalnie, skoro wszedł na moje poletko, to mógłbym polemizować z nim w nieskończoność. Nie godzę się z jego książką, ale polecam ją z całym uznaniem każdemu, oczywiście każdemu, kto się interesuje taką problematyką. Jest bardzo interesująca, znakomicie napisana, zawiera świetne opisy i arcyciekawe, choć raczej kąśliwe uwagi o ludziach i obyczajach.
A też nie można powiedzieć, żebyśmy sprawy regionu czarnomorskiego znali najlepiej, od biologii po historię. Poniżej stu metrów głębokości jest to morze zupełnie martwe, przesycone siarkowodorem. Powyżej – jeden z najbogatszych w życie obszarów świata – co prawda tak dziś zmaltretowane, że to należy już do przeszłości. Lecz tak przecież jest z całą Ziemią. Nie sposób nawet streścić bogactwa informacji. Kto z nas na przykład wyznaje się na narodzie Lazów? Kto zna szczegóły tego, co Grecy pontyjscy nazywają katastrofé, czyli nieudanej (dla Grecji) wojny roku 1923? Na własne niejako życzenie Grecy czarnomorscy stracili kraj, w którym mieszkali od 3 tys. lat. Ascherson pisze o nich nawet nie bez sympatii, lecz jest to ten rodzaj sympatii, za który chciałoby się mordować. Zresztą w ten mniej więcej sposób pisze o wszystkich – Żydach, Kozakach, Rosjanach, Czeczeńcach i kilkudziesięciu innych narodach. Co sądzi o Polakach, cytowałem. A równocześnie pisze o wielkiej kulturze polskiej, greckiej, żydowskiej… Cóż, ja też często mieszam kpiny i twierdzenia serio, nie mogę więc mieć pretensji. Kali ubódł krowę, krowa ubodła Kalego – to jednak jest różnica.
Świetna książka, która się spodoba każdemu, kto nie mieszka nad Morzem Czarnym. My, Polacy, najwyraźniej tam właśnie mieszkamy.

 

Wydanie: 13/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy