Czy Polska jest dzikim krajem?

Czy Polska jest dzikim krajem?

Mieliśmy żyć w prawdzie, ale żyjemy w kłamstwie, tylko innym niż to, jakie dawniej obowiązywało. Na pozór politycy i dziennikarze czują się w nim jak ryby w wodzie, zdarza się jednak, że ktoś nie wytrzymuje. Były minister Mirosław Drzewiecki, znalazłszy się w kraju lepiej wietrzonym niż Polska, powiedział coś, co może nie przeszłoby mu przez gardło w polskiej paskudnej atmosferze. W wielkim rozgoryczeniu, zupełnie zrozumiałym w przypadku człowieka, który nic złego nie zrobił, a mimo to został zaliczony do półświatka szemranych interesów, powiedział, a raczej wykrzyczał, że Polska jest „dzikim krajem”, w domyśle: pod względem pojmowania prawa. Jest to pogląd wyznawany, być może z mniejszą pewnością, przez dużą część społeczeństwa, zwłaszcza przez ludzi, którzy w działalności publicznej czy pracy ryzykują realnymi walorami materialnymi lub moralnymi, czyli pieniędzmi lub dobrym imieniem.
Podyktowana rozgoryczeniem, ale niepozbawiona słuszności wypowiedź Drzewieckiego przypomina mi parokrotnie już przeze mnie cytowane słowa Hugona Kołłątaja z jego sławnych, przenikliwych „Listów anonima”. Jeśli chodzi o stosunek do prawa i sposób jego stanowienia, Polacy – pisał Kołłątaj – są „niedoformowaną dziczą”. Jako polityk, minister i jeden z liderów Platformy Obywatelskiej Drzewiecki temu prawniczemu barbarzyństwu się nie przeciwstawiał, a przynajmniej nic nie wiadomo, żeby było inaczej. Było po temu wiele okazji, bo jego partia razem z Prawem i Sprawiedliwością wielokrotnie poświęcała zasady prawa dla osiągnięcia swoich interesów, i nie tylko interesów, ale także dla zaspokojenia niskich pragnień zemsty na niegdysiejszych przeciwnikach. Obie te partie wywierają presję na Trybunał Konstytucyjny i dopięły wreszcie tego, że wydał on wyrok bezczelnie złośliwy, a usprawiedliwienia tego wyroku podjął się nieudolny skądinąd „obrońca praw człowieka”, reprezentujący w Trybunale Platformę Obywatelską, która go tam w celu podobnej „obrony praw człowieka” umieściła. Partia Drzewieckiego przoduje w projektach, które mają ograniczyć demokratyczną kontrolę klasy politycznej, i chce zapewnić trzonowi tej klasy nieusuwalność z centralnego ośrodka władzy. Temu ma służyć zapewnienie byłym prezydentom i premierom stałego miejsca w Senacie. Konstytucyjne odebranie biernego prawa wyborczego osobom sądownie skazanym pokazuje, jakimi metodami ta klasa będzie, a w każdym razie chce, zwalczać kandydatów do władzy niewygodnych lub z nie swojego środowiska. Będzie się wysuwać przeciw nim oskarżenia kryminalne, jak np. przeciw Piskorskiemu. Ingerencja ministra sprawiedliwości w proces sądowy przeciw Lepperowi świadczy o tym samym. Czym się różnią w istocie obecne rządy od poprzednich, kiedy to przeciw temuż Lepperowi uknuto intrygę na wzór podrzędnej powieści kryminalnej z humorystycznym zakończeniem dopisanym przez nieprzewidywalne życie?
Kiedyś, było to w czasach PRL, przez kilka miesięcy przebywałem w Stanach Zjednoczonych. Przeżycie, które mi się tam najmocniej, najwyraźniej wykrystalizowało, to było poczucie bezpieczeństwa. Ponieważ nie miałem zamiaru robić niczego złego, nie bałem się władzy – ani sądu, ani policji stanowej, ani FBI. W Polsce wówczas wszyscy byli w jakimś stopniu w kręgu podejrzeń i mieli powody się bać. W roku 1989, już po upadku dawnego systemu, w domu dziennikarza na Foksal w Warszawie odbywały się tłumne zebrania. Na jednym z nich pewna dziennikarka zrobiła duże wrażenie, głosząc, że dla niej najważniejsza zmiana polega na tym, że nareszcie przestała się bać, a przez całe życie w PRL żyła raz w mniej, raz więcej odczuwalnym strachu. Wskazała ona na najważniejszy powód wrogości do tamtego ustroju, który dałby się znieść, a może też poprawić, gdyby nie powszechny, mdlący strach. Osoby nieposłuszne od razu stawały się bohaterami i niektóre są nimi do dziś, mimo że obecnie kierują nową machiną strachu lub jej służą. Oczywiście, nie wszyscy się boją. Chuligani, łobuzy śmiało rzucają się z nożami na policjantów, zabijają ich lub ciężko ranią, a potem idą na resocjalizację w zakładach zamkniętych, co ich wcale nie przestrasza. Boją się raczej policjanci, bo ich praca jest bardzo przyjemna, gdy mają do czynienia z grzecznymi ludźmi, ale w wypadku starcia z chuliganem lub bandytą policjant znajduje się na straconej pozycji. Jeśli poszkodowany cieleśnie zostanie napastnik, przeciw policjantowi wszczęte zostanie śledztwo, a media go napiętnują. Jeśli będzie sobie przypominał poszczególne punkty regulaminu użycia broni, zostanie pobity, bywa, że śmiertelnie. O patologii wspominam marginesowo, poniekąd na prawach dygresji. Wracam do sedna sprawy, czyli do prawnej „dzikości” naszego kraju i dzisiejszego strachu, jako skutku tej dzikości.
W tygodniku „Newsweek Polska” (28.02) autor głośnej biografii Ryszarda Kapuścińskiego Artur Domosławski następująco odpowiada na pytanie, czy kontaktując się osobiście z bohaterem swojej książki, zauważył, że on przeżywa strach: „W 2006 r. miałem wrażenie, że Kapuściński potwornie się boi”. Potwornie, a więc tak, jak bano się przez 1956 rokiem. Później, ani w 1968, ani podczas stanu wojennego, kiedy niektórzy mogli się trochę bać, nikt się już nie bał potwornie. Kapuściński przeżywał w Polsce strach nie tylko podczas rządów PiS-u, ale także już parę lat wcześniej, a gdyby dożył rządów PO, nic by się w jego położeniu nie zmieniło. Nie był człowiekiem ani trochę bojaźliwym, w swoich reporterskich podróżach po całym niemal świecie nieraz świadomie narażał się na rozliczne niebezpieczeństwa. Bał się tylko w Polsce, w III i IV RP. „Kapuściński bardzo się obawiał – mówi Domosławski – że zostanie zaatakowany za swoją PRL-owską przeszłość. Od początku lat 90. ten strach w nim narastał. Ja ten strach widziałem dopiero pod koniec jego życia, ale inni przyjaciele obserwowali to już wcześniej… To poczucie zagrożenia przygniatało go”. I zapewne skróciło mu życie. Szukając rozpaczliwie jakiejś tarczy ochronnej, zmyślił, że jego ojciec uciekł z sowieckiej niewoli i prawie cudem ocalał przed rozstrzelaniem w Katyniu. „Po prostu – pisze Domosławski – w stronę Katynia trudniej jest rzucić kamieniem”.
W Polsce solidarnościowej udało się zaprowadzić na dwadzieścia lat system psychologicznego zastraszania, którego celem jest polityczne obezwładnienie środowisk i osób posiadających prestiż niezależny od „Solidarności” Instrumenty tego zastraszania są ciągle doskonalone pod kątem ich skuteczności i taki ma sens poprawianie ustawy o IPN, nad czym trudzi się poseł Rybicki z PO. Mściwość władzy solidarnościowej jest czymś niepojętym. Gdy nad wszystkim dominuje tego rodzaju nastrój, prawo musi ulec wypaczeniu, a kraj musi w tym znaczeniu stać się dziki.

Wydanie: 10/2010

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy