Zrób to sam

Zrób to sam

Przyzwyczailiśmy się już do muzealnych tabliczek i ulotek czekających na nas w eleganckich, przezroczystych pudełkach na ścianach galeryjnych sal. Kiedy wchodzimy do pomieszczenia z abstrakcyjną rzeźbą lub instalacją w rodzaju kotła, szpikulca, wiadra pełnego smoły – odruchowo rozglądamy się za pomocą edukacyjną. I zwykle dostajemy mapkę z kluczem, gotową interpretację, stosowne wyjaśnienie. Że to o głodzie lub przesycie, że to o cywilizacji śmierci lub śmierci cywilizacji. Skoro tę wystawę sfinansowano z pieniędzy podatników – chyba należy się nam jakieś wyjaśnienie.

Na pewno? Czy instytucje takie jak galeria miejska, centrum sztuki, muzeum powinny w taki sposób pośredniczyć między nadawcą i odbiorcą? Czy to nie odbiera frajdy nadawania znaczeń? Zabawy w „ślepą babkę”? Szukanie interpretacji (najlepiej w liczbie mnogiej!) jest przecież częścią zabawy, nieodłącznym procesem tworzenia, który odbywa się także w głowie odbiorcy. W pewnym sensie tabliczki i ulotki to brak zaufania do zwiedzających. Wolę publikacje katalogowe, które w szerszym opracowaniu i tak można zwykle kupić w każdym „museum shopie”.

Jednak nie wszyscy kuratorzy i nie wszystkie instytucje kultury postępują w ten sposób. Niektórzy wypuszczają odbiorców na głęboką wodę bez kół ratunkowych. Piotr Krajewski, dyrektor i główny kurator biennale sztuki nowych mediów WRO, zostawia zwiedzających sam na sam z multimedialnymi rzeźbami, mniej lub bardziej skomplikowanymi instalacjami. Kuratorzy WRO dają tylko punkty oparcia, widz sam musi podjąć wysiłek interpretacji i ponieść odpowiedzialność.

Podobnie dzieje się w Teatrze Polskim we Wrocławiu, gdzie niedawno odbyła się premiera spektaklu „Grimm: czarny śnieg” w reżyserii Łukasza Twarkowskiego. Praca dramaturżki spektaklu Anki Herbut nie polegała jedynie na napisaniu dramatu zorientowanego na tematykę baśni. Herbut pracuje w inny sposób – prowadzi badania antropologiczne, wyjeżdża na stypendia, żeby czytać książki w oryginale, porównywać przekłady, śledzić różnice. Gruntownie zbadała biografie obu braci, przeczytała nie tylko „Morfologię bajki magicznej” Władimira Proppa i „Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni” Brunona Bettelheima, ale także wiele dostępnych interpretacji, trawestacji i odniesień. Podczas oglądania inscenizacji widz sam musi je odnaleźć. Dostaje ramę w postaci wizualnie wysmakowanej przestrzeni, która mimo baśniowych fresków i ekranów wydaje się pusta jak kosmiczny pejzaż. Większość akcji dzieje się w małym, czarnym domku postawionym w rogu sceny. Możemy obserwować jedynie wizualną transmisję z wydarzeń, które rozgrywają się w „chatce”. Bo otwieranie zakazanych drzwi, ujawnianie tego, co ukryte, jest elementem baśni. Zresztą bohaterowie zwykle płacą za to wysoką cenę. My też, bo obrazy nawiązujące a to do „Twin Peaks”, a to do „Melancholii” Larsa von Triera, są raczej mroczne. Bohaterowie pokazywani w drzwiach, symbolizujących momenty przejścia, czyli śmierci, to smutne postacie zbłąkane między bajkami/światami. Z rozmytą tożsamością, bierne, pozbawione woli życia.

Stare baśnie braci Grimm nie mają jasnych zakończeń. Zaprojektowana przez IP Group scena pełna ciepłego śniegu przywodzi na myśl katastroficzne wizje świata po wybuchu nuklearnym. Miejsce, w którym już nie ma życia – bądź jeszcze go nie ma. Bardo to w buddyzmie tybetańskim stan pośredni między śmiercią a (kolejnymi) narodzinami, a więc także moment przejścia czy trwania w zawieszeniu. Kojarzy się z brakiem przynależności i bezradnością. Ale to tylko (aż!) interpretacje. Nie dostaliśmy żadnych tabliczek, historyjek ani nawet scenek z morałem. Właściwie podczas całego spektaklu nie ma ani jednej literalnie pokazanej baśni. Nie dano nam muzealnych tabliczek, ulotek. Całą pracę musimy wykonać sami. Może nawet sięgnąć po Proppa i Bettelheima? Po „Twin Peaks” i „Melancholię”? Mamy ramę – sugestie, wrażenia, rozsypane obrazy i słowa, które czasem możemy doścignąć i przez chwilę je śledzić, a czasem nie. Na tym polega przygoda.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy