Zmyślenia i prawdy

Zmyślenia i prawdy

Żeby obchody 150. rocznicy powstania styczniowego w pełni się udały, trzeba by dowieść, że w PRL były zakazane. Trudno tego dowieść. Gdyby dziś, tak jak w czasach Gomułki, chciano wydać 25 tomów dokumentów o tym powstaniu, minister Rostowski podniósłby lament, że budżet się nie domknie i dług publiczny niebezpiecznie wzrośnie. Prezydent Bronisław Komorowski mocą swojego urzędu postanowił, że zakaz był, tylko zakamuflowany. Jak informuje wiarygodny dziennikarz (Paweł Wroński, „Gazeta Wyborcza”), prezydent stwierdził, że obchody za rządów Gomułki „miały charakter »kreacji«, bo ówczesna władza popełniła historyczne nadużycie, starając się identyfikować z czerwonymi z powstania”. Ja na to prezydenckie zadekretowanie historycznej prawdy mocą swojego prawa obywatelskiego odpowiadam, że Prezydent się myli. Ówczesna władza nie popełniła historycznego nadużycia. Również w Związku Radzieckim, a dokładniej mówiąc w republikach litewskiej i białoruskiej, powstanie styczniowe było w taki lub inny sposób upamiętniane. Jeden z bohaterów powstania, Konstanty Kalinowski, został z tego, a nie innego tytułu uznany za bohatera Białorusi. Powstanie 1863 r. w radzieckiej historiografii było uznawane za dopływ do wielkiej rzeki rewolucji socjalistycznej. Ta historiografia, skądinąd pełna fałszów i „kreacji”, w tym punkcie akurat była uzasadniona. Prezydent – historyk już mógł się dowiedzieć z prasy codziennej, że z powstaniem styczniowym wiążą się narodziny pierwszej Międzynarodówki. Organizacja ta skupiała różne ugrupowania skrajnej lewicy europejskiej, a Karol Marks wodził tam rej. Z niej po latach wywiedzie się Międzynarodówka Komunistyczna, a co się z niej wywiodło, chyba wiadomo w pałacu prezydenckim. Gdyby komuś coś umknęło, nadmienię, że to lewackie bractwo europejskie swoją pierwszą Międzynarodówkę założyło przy okazji wiecu poparcia dla polskiego powstania. Miało to miejsce 28 września 1864 roku w Londynie, świadkiem mi encyklopedia.
Dziś można sobie nie rozróżniać „białych” od „czerwonych”, bo też nie między nimi przebiegał zasadniczy podział. Wprawdzie „czerwoni” dążyli do rewolucji socjalnej, i to właśnie dzięki nim powstanie cieszyło się sympatią zachodniej (i rosyjskiej) lewicy, czego nie można w żaden sposób powiedzieć o „białych”, ale tak jedni, jak drudzy chcieli Polski w granicach na wschodzie przedrozbiorowych. Czy to z góry nie przekreślało sensowności powstania – niech się spiera ze Stanisławem Koźmianem („Rzecz o roku 1863”), kto chce. Drugi obóz, którego reprezentantem był Aleksander Wielopolski, pragnął powrotu do sytuacji sprzed powstania listopadowego 1830 r., kiedy to Królestwo Polskie miało wewnętrzną autonomię, polską administrację i polskie szkolnictwo. Już bez polskiego wojska oczywiście, które mieliśmy do powstania listopadowego, i bez własnej polityki zagranicznej, do której zresztą Polacy i w czasach pełnej niepodległości nie mieli i nadal nie mają talentu. W dążeniu do tego celu margrabia Wielopolski odniósł zdumiewające sukcesy, mimo to tak „biali”, jak „czerwoni” traktowali go jak zdrajcę, a ci drudzy kilkakrotnie usiłowali go zabić. Dziś znowu szkoli się Polaków w przekonaniu, że był on wrogiem, „zdrajcą”, a nie reprezentantem innej, trzeźwiejszej części narodu.
Piłsudskiemu nadal składa się hołdy, ale z jego widzeniem powstania 1863 r. prawie nikt się nie liczy. Pod pewnymi względami było ono bardzo wnikliwe. Nie było wówczas w narodzie, jak się wyraża, treuga Dei, zgody powszechnej, przeciwnie, powstanie było też, według niego, wojną domową. Nie dlatego, że „czerwoni” dążyli do rewolucji socjalnej, czego nie chcieli „biali”. Najważniejszy podział narodowy przebiegał między stroną powstańczą, a stroną widzącą w Wielopolskim swojego, a nie rosyjskiego reprezentanta. W kategorii osób Margrabia jest najwybitniejszą indywidualnością tamtego czasu i Piłsudski nie wyraża się o nim inaczej niż „wielka postać”, na jednej stronie nawet raz po raz.
Ciągle się pisze o brance jako przyczynie powstania. Powstanie było postanowione przed branką. Jeżeli była ona zarządzeniem niegodziwym, to trzeba pamiętać, o czym przypomina Piłsudski, że powstańcy obok innych aktów przemocy wobec rodaków stosowali też swoją brankę. Przemocą, biciem zmuszali – bywało – wiejskich chłopaków do wstępowania do oddziałów powstańczych. Po jakimś czasie dziwowali się, jacy z nich się zrobili dzielni powstańcy. Gwałt nie lepszy od poboru zarządzonego przez władzę. Historia terroru powstańczego wobec Polaków jest do napisania. Proces beatyfikacyjny Romualda Traugutta potknął się o wyroki śmierci, jakie dyktator podpisywał. Domniemanych zdrajców, to znaczy aktywnych przeciwników powstania, ścigano aż w Galicji. Pamiętnikarz Ludwik Jabłonowski, szwagier Aleksandra Fredry, obok innych przykładów aktów terroru powstańczych konspiratorów w rozdziale „Sztyletniki, nożowniki, żandarmy, prostym słowem: hycle narodowe” wspomina taki przypadek: „W moim sąsiedztwie mieszkał jakiś potulny uciekinier. Bóg wie, za co skazano go na śmierć. (To znaczy, Rząd Narodowy skazał). Dwóch panów (…) zajeżdża tam pewnego dnia, po wesołym obiedzie zapraszają na przechadzkę i zaprowadzonemu w kukurydzę rozpłatawszy brzuch nożem, umieszczają w nim dekret skazujący na śmierć i zostawiają na polu konającego w niewymownych mękach”. Oto rzeczywistość nieprzedstawiona powstania styczniowego.
Niech się apologeci powstania z Prezydentem na czele wygadają do woli, w następnym etapie obchodów rocznicowych powinni się odezwać poważni historycy, pojmujący swój zawód na serio.
Co mi się wydaje w tych obchodach rocznicowych szczególnie symptomatyczne, to całkowite pominięcie, zignorowanie najważniejszych szkół intelektualnych i najwybitniejszych myślicieli – pozytywistów warszawskich i historyków ze szkoły krakowskiej. Tradycja, jaką narzuca obóz postsolidarnościowy, jest bardzo cienka: bez nowoczesnej myśli lewicowej i bez myśli konserwatywnej. Liberum conspiro wywyższone ponad wszystko.
Piszę o tym powstaniu, jakby mnie ono bardzo obchodziło. Nie bardzo mnie obchodzi, ale nie wydaje mi się tak odległe jak większości współczesnych. W naszej wsi do moich młodych lat przetrwały plotki o tym, która to rodzina trzymała kasę powstańców i zatrzymała ją sobie po upadku. Dyrektorką mojego liceum była córka Romana Rogińskiego, legendarnego dowódcy powstania na Podlasiu. Cioteczna babka mojej matki żyła sto lat i pamiętała sceny z powstania, tak że mam wiadomości z pierwszej ręki. Niestety, tylko raz ją słyszałem, gdy starsi chłopcy ją pytali. Ja bałem się zapytać, bo była strasznie pomarszczona.

Wydanie: 5/2013

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy