Po śmierci zwyczajnie

WIECZORY Z PATARAFKĄ
Angielski dziennikarz, Neville Randall, wszedł w kontakt z grupą spirytystów, notujących głosy napływające z zaświatów. Można w to wierzyć lub nie, ale biorąc pod uwagę ogromną wprost liczbę podobnych relacji, wolno się liczyć z prawdopodobieństwem tego wszystkiego. Książka, którą napisał – „Życie po śmierci” – wydana w polskim przekładzie przez Studio Emka, przytacza liczne i złożone świadectwa swojej prawdziwości. Nie mogę się nad tym rozwodzić, bo to za długa sprawa. Między umarłymi a czytelnikami jest medium, magnetofon, uczony parapsycholog i dziennikarz. Cały łańcuszek. No i na dobrą sprawę jeszcze ja. Kto chce dowodów i szczegółów, niech przeczyta Randalla. W każdym razie w tym łańcuszku najważniejszy jest magnetofon.
Kto uwierzy w prawdziwość i prawdopodobieństwo relacji, których przez 15 lat zebrało się 500, ten może odetchnąć z ulgą: śmierci nie ma. Wszystko koszmarne i bolesne, o czym nawet myśleć się nie chce, kończy się po tej stronie – po krótkim ni to śnie, ni zamgleniu budzimy się w świetnej formie i na ogół w ogóle nie zdajemy sobie sprawy, że już nie żyjemy. Dopiero po jakimś czasie, kiedy nikt nas nie dostrzega, okazuje się, że już po wszystkim.
Wtedy trafiamy jakoś do czegoś w rodzaju angielskiej wioski czy miasteczka, nic nas nie boli ani nie straszy i spotykamy kogoś znajomego, członka rodziny albo przyjaciela, który jest naszym przewodnikiem. Może to być ulubione zwierzę – ja liczę zwłaszcza na swoje koty. Umarli nazywają tę sferę „niebem”, ale to nie jest cel ostateczny. Im bliżej ziemi i życia, tym więcej życiowych realiów. Można jeść, można pić, kochać się, jednak te wszystkie potrzeby stopniowo zanikają, odchodzi się gdzieś wyżej, nie wiadomo gdzie, chociaż tylko na własne życzenie. Bo można tam mieszkać, uczyć się, trwać w pięknym pejzażu bez starzenia się i chorób, ile dusza zapragnie.
Bardzo to sympatyczne i napełniające nadzieją. Nie ma żadnych piekieł, sąd nad sobą sprawuje każdy człowiek osobiście. Nie ma obowiązku przestawania z ludźmi niesympatycznymi, są za to wszystkie osoby i zwierzęta, które darzyliśmy sympatią. Co prawda, można by postawić takiej wizji parę niewygodnych pytań. A co na przykład będzie, gdy Mendele Endele kocha, a Endele Mendele nie? I co wtedy zrobią oboje? Ale pewnie przewidziano jakieś rozwiązania i takich sytuacji. W sumie byłoby bardzo miło, gdyby taka wizja okazała się prawdziwa.
Ale czy jest rzeczywiście? Nie wiem, bo właściwie skąd mam wiedzieć. 30 lat temu wzruszyłbym tylko ramionami i powiedziałbym, że dobrymi chęciami i nadziejami piekło wybrukowane. Ale przez te 30 lat odkryto tak wiele, także w dziedzinie parapsychologii czy też paranauki, a niechby i nauki po prostu, że żadnej pewności już mieć nie mogę. Może Randall napisał to wszystko dla pokrzepienia serc, może się spirytyści mylą i zamiast z umarłymi toczą telepatyczną dysputę z jakimiś marzeniami swoich współczesnych, najprawdopodobniej sami z sobą. Może być tysiąc innych wyjaśnień. Ale może to być i prawda, a raczej jedna z prawd o tym, co nas po śmierci czeka. Bo, że coś czeka, jest coraz bardziej prawdopodobne, abstrahując od wszystkich możliwych religii. Pisałem już na ten temat niezliczoną ilość razy, nie chcę się powtarzać.
Najbardziej w tej prostej (?), naiwnej (?) wizji ujmuje mnie kontynuacja i możliwość zmiany. Rzeczy niedokończone tutaj można dokończyć tam, na przykład dopisać książkę, już w o wiele wspanialszych warunkach i możliwościach. Krótko mówiąc, po tamtej stronie można i trzeba działać, ale można też dowolnie długo odpocząć. To znaczy kontynuować proces zmieniania się. Ale jest tu i druga strona medalu i „tam” nie otrzymamy ostatecznych odpowiedzi. Więc ponownie stan zawieszenia. Prawdę powiedziawszy, w niezliczonej liczbie koncepcji, np. Bardo Thoedol, występuje przejście i zawieszenie. Czyli nic nowego, oprócz magnetofonu…

Wydanie: 26/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy