Chochoł proeuropejski

Chochoł proeuropejski

Bez uprzedzeń

Przyjęto za pewnik, że niechęć, jaką Niemcy i Austriacy mają do Polaków, opiera się na przestarzałych stereotypach. Według słownika, stereotyp to uproszczony, tradycyjny, zazwyczaj irracjonalny obraz osób, narodów, instytucji. Jeżeli stereotyp jest obrazem, a nie samą rzeczą, to zmianę stosunku Niemców i Austriaków do nas można osiągnąć, niczego nie zmieniając w rzeczywistości. Wystarczy jakaś kampania propagandowa przeciw stereotypom, aby przekonać sąsiadów do zmiany wyobrażenia o Polakach. Nadzieja, że nie ruszając palcem, można coś realnie osiągnąć. W istocie potężna jest moc stereotypów, ale w przypadku, o którym mówimy, nie o stereotypy chodzi. Nasi zachodni sąsiedzi uważają Polaków za złodziei. Nie wszystkich oczywiście, tylko niektórych, ale tych niektórych, ich zdaniem, jest wśród Polaków więcej niż wśród na przykład Szwedów, Czechów czy samych Niemców. Czy to wynika ze stereotypu Polaka? Oczywiście, że nie. Ta opinia odpowiada temu, co jest w rzeczywistości. Nie warto więc podejmować działań pozornych, mających na celu zmianę stereotypu Polaka jako złodzieja (przeważnie samochodu). Trzeba zmienić samą rzeczywistość, czyli tępić złodziejstwo. Niechęć, a nawet, co tu kryć, cicha pogarda dla Polaków ma stałą pożywkę w wielu innych wadach, które cywilizowani cudzoziemcy uważają za utrudnienie życia. I z tymi naszymi wadami jest źle nie tylko Niemcom i Austriakom, ale również nam samym. Polski rzekomy indywidualizm polega na nieumiejętności życia we wspólnocie, w społeczeństwie. Polacy są ślepi na potrzeby drugiego, zachowują się za głośno w miejscach zamieszkania, nie przestrzegają dyscypliny, bo jeszcze jakby nie odkryli, że porządek kolosalnie ułatwia życie. Gdy do Niemca zbliżają się Polacy, niech to będzie na dworcu czy w restauracji, on czuje, że jego położenie się pogarsza. To samo odczuwają Polacy w stosunku do Polaków. Kto z nas nie wolałby mieć za sąsiada Japończyka, Anglika czy Austriaka zamiast Polaka? Skończmy mówić o stereotypach, zacznijmy przyglądać się samym sobie z takim realizmem, z jakim obserwują nas cudzoziemcy. Nie ma narodów dobrych ani złych, pisał Nietzsche, ale ludność w jednym kraju może być gorzej wychowana niż w drugim, a najgorzej jest tam, gdzie nie wiedzą, że są źle wychowani.
W czasach wczesnej „komuny”, gdy miasta napełniały się nowymi przybyszami, obniżenie kultury współżycia łatwo było wytłumaczyć. Jeśli jednak porównać lata 60. i obecne, to człowiek przeciera oczy ze zdziwienia: gdzieśmy się znaleźli, skąd ta barbaria? O ile w Niemczech czy Austrii (Francji zresztą również) obyczaje w ostatnich dziesięcioleciach zmieniły się w większe wydelikacenie, w Polsce zaszła i nadal zachodzi ewolucja w odwrotnym kierunku. Prawnicy porównują wskaźniki przestępczości i wychodzi im, że na Zachodzie przestępczość jest większa. Porównują oni rzeczy nieporównywalne. W Europie Zachodniej istnieje kilkudziesięciomilionowa populacja imigrancka i ona zawyża wskaźniki przestępczości. Polaków można porównać właśnie z ową zachodnioeuropejską populacją imigrancką.
Jakiś polityk oświadczył zarozumiale: nie chcemy być w Unii Europejskiej członkiem drugiej kategorii. Zależy pod jakim względem. Pod względem obyczaju, estetyki środowiska, porządków miejskich i wiejskich będziemy nie w drugiej, lecz w trzeciej kategorii, bo daleko nam jeszcze do południowych sąsiadów. Domeny życia, o których piszę, rządzą się swoistymi prawami, które niełatwo wykryć, a jeszcze trudniej zmienić. W społeczeństwie silnie rozwarstwionym pod względem kulturalnym (to nie nasz przypadek) klasy wyższe dają przykład, który reszta stara się naśladować. Wyrafinowana grzeczność panująca na dworze francuskim spłynęła na dużą część społeczeństwa i Francuzi do dziś są grzeczniejsi niż inne narody. Japończycy ciągle się uśmiechają. Bertrand Russell pisze, że to stąd pochodzi, iż w dawnej Japonii istniało prawo pozwalające członkowi klasy wyższej zabić człowieka z klasy niższej, jeżeli ten się do niego nie uśmiechał. Ale co tam dziś marzyć o takich środkach wychowawczych! Najbardziej mi się podoba grzeczność Amerykanów, których nikt grzeczności nie uczył i nikt im przykładu nie dawał. Maksyma „mój klient mój pan” ich wychowała? A może co innego.
Widziałem gdzieś plakat ogłaszający zebranie dyskusyjne na temat „Jak uszlachetnić kulturę masową?”. To by się może dało zrobić, ale ryba zepsuła się od głowy i trzeba dziś zapytać: jak uszlachetnić kulturę elitarną, „wyższą”? Czy bywaliście, na przykład, w teatrach „awangardowych”? Kultura wydaje się dziedziną wolności, na pozór cóż łatwiejszego, jak zmienić poetykę lub estetykę? Tymczasem, że się tak biblijnie wyrażę, „duch polata, kędy chce”, niczego się tu nie da zdziałać postulatami. Kulturze przysługuje wolność, ale jest to wolność żywiołu: nie wiadomo, co nawodni, a co spali, co zaleje, a co wysuszy.
Od ludzi kultury elitarnej ciągle słyszę: do Europy, do Europy, dalejże malować wąsy Matce Boskiej! Ludowcy liczą dopłaty do hektarów, rząd żyje nadzieją na odciążenie budżetu dzięki pieniądzom unijnym. I nikt nic nie robi, żeby zacząć podnosić polskie życie na wyższy poziom przynajmniej tam, gdzie by to nic lub niewiele kosztowało. Jeżeli w Polsce nie zmieni się duch publiczny, jeżeli sami nie zaczniemy poprawiać naszego kraju, to przynależność do Unii Europejskiej będziemy widzieli tylko w telewizorze.

 

Wydanie: 48/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy