To nie utopia

To nie utopia

Dyskutowaliśmy kiedyś o przyszłości komunizmu – było to może czterdzieści lat temu – i porównywaliśmy Rosję i Chiny. Mój kolega z instytutu filozofii, a później znany liberalny ideolog „Solidarności” Mirosław Dzielski, wyciągnął z kieszeni dwa długopisy: rosyjski i chiński. Rosyjski gruby, toporny, zacinający się i ledwo piszący; chiński, mimo że również socjalistyczny, pomysłowo skonstruowany, delikatnej konstrukcji i doskonale piszący. Dzielski, będący przenikliwym intuicjonistą, z tych długopisów wróżył odmienne losy obu krajów i nie pomylił się. Chiny są drugą potęgą gospodarczą globu z widokami na pierwsze miejsce; ze swoimi towarami, a ostatnio już z kapitałami znajdują się niemal w każdym zakątku świata i nie widzą potrzeby zrywania z komunizmem inaczej niż przez prywatną przedsiębiorczość; zachowują system jednopartyjny bardzo przydatny w początkowym okresie rozwoju gospodarczego. Wielopartyjność od razu skierowałaby dużą część energii społecznej na cele jałowe, jak walka o władzę, i uniemożliwiła konsekwentne planowanie rozwoju. Manifestując tożsamość państwa ludowego, podtrzymując kult Mao, szczycąc się ciągłością tam, gdzie ona występuje, a nawet nie występuje (partia rządząca nazywa się ciągle komunistyczną), w rzeczywistości Chiny dokonały głębokiej przemiany, która czyni z nich potęgę i przynosi im prestiż wśród wszystkich narodów (prócz polskiego). Rosja poszła inną drogą, słusznie zerwała z komunizmem, ale zrobiła to w sposób bezmyślny, w rezultacie czego zbiedniała, cofnęła się pod względem oświaty, nauki i przemysłu, i żyje głównie z zaopatrywania innych krajów w gaz i ropę naftową. Rosjanie nie rozumieją – ja też – dlaczego Chińczykom tak dobrze się powodzi, a im tak źle. Inteligencja liberalno-demokratyczna jest przekonana, że przyczynę stanowi niedostateczne zerwanie z sowietyzmem, i domaga się totalnej dekomunizacji, „rozliczenia z przeszłością”, dokonania własnymi rękami tego, co z „przeszłością” nazistowską zostało dokonane w Niemczech przy decydującej pomocy trzech mocarstw zwycięskich. Trzeba oddać cześć setkom tysięcy pomordowanych, milionom zagłodzonych lub inaczej eksterminowanych, pokryć ziemię rosyjską pomnikami i cmentarzami ofiar komunizmu. Pochwała czasów radzieckich powinna być traktowana jak przestępstwo i odpowiednio karana. („Anatolij Czerniajew z Fundacji Gorbaczowa domaga się policyjnych metod desowietyzacji, na wzór przymusowej denazyfikacji powojennych Niemiec Zachodnich”, Robert Cheda, „Polityka”, 20.07).
Dążenia do tak radykalnej desowietyzacji pojawiają się nie po raz pierwszy. Wystąpiły one już w pierwszym okresie rządów Jelcyna, opór ludności przestraszonej widmem nowego, liberalno-demokratycznego terroru spowodował jednak zaniechanie polityki rozliczeń. Pisałem o tym kiedyś, powołując się na badania niemieckiej Fundacji Eberta. (Za „Le Monde diplomatique”). Jak wiadomo, najgłośniejszym zawołaniem mobilizacyjnym w dzisiejszej Rosji jest słowo „modernizacja”. Prawdopodobnie znaczy ono tyle, co „hura!” na cześć podźwignięcia gospodarki. Zagraniczne ośrodki wpływu przekonują Rosjan, że bez radykalnej desowietyzacji i bez liberalnej demokracji to podźwignięcie nie nastąpi. I wielu w takie iunctim już uwierzyło.
Nie wszystkie programy desowietyzacji wychodzą z tak wątpliwych założeń. Jednym z najbardziej stanowczych zwolenników „rozliczeń” z radziecką przeszłością jest znakomity politolog, bardzo inteligentny Aleksander Karaganow. Do polskiej opinii publicznej przebił się (na chwilkę) swoją koncepcją „wspólnej przestrzeni” europejskiej i rosyjskiej, która byłaby – wolno się domyślać – wstępną fazą przyszłej unii europejsko-rosyjskiej, inaczej mówiąc, Europy od Atlantyku do Uralu z niezbędnym dodatkiem zrusyfikowanej części azjatyckiej – a więc do Władywostoku. Mędrkowie europejscy, którzy sprawiają sobie przyjemność, myśląc prawdopodobnie słusznie, że Rosja utraci kiedyś część azjatycką, powinni domyśleć zdanie do kropki: jeśli ta strata zaboli Rosję, to jeszcze bardziej zaboli Europę jako całość.
W myśleniu Karaganowa desowietyzacja uzyskuje racjonalne uzasadnienie jako przygotowawczy akt przystosowania się do unii europejsko-rosyjskiej. Gdyby taką unię skreślić z rejestru możliwości, całe to „rozliczanie się” z sowiecką przeszłością, tropienie rzekomych pozostałości po stalinizmie czy policyjne ściganie nostalgików bolszewizmu byłoby bezsensowną samodestrukcją narodu, którego przyszłość i bez tego jest niepewna.
Polacy, podobnie jak Litwini i Estończycy, są spontanicznie wrodzy unii europejsko-rosyjskiej, ponieważ swoją tożsamość narodową definiują w całości (Bałtowie) lub w połowie (Polacy) przez wrogość wobec Rosji. Są to jednak narody zależne od Europy Zachodniej i w momentach zasadniczych rozstrzygnięć muszą się jej podporządkować. Pod hasłem „partnerstwa wschodniego” można prowadzić – jak obecnie – politykę antyrosyjską, ale pod tym samym zawołaniem można przygotowywać przynajmniej pojęcia służące dalekosiężnemu planowi Europy od Atlantyku do Władywostoku. Polskę opanowała formacja bezmiernie naiwna i bezmiernie zarozumiała. Dlaczego nikt tu się nie dziwi, gdy osobistości z wierzchołka władzy albo z samego środka formacji panującej jeżdżą do krajów muzułmańskich z misją uczenia Arabów demokracji „w stylu zachodnim”? Ci ludzie, którym się wydaje, że robią politykę nad Nilem, nie mogą na serio uprawiać polityki nad Wisłą.
Unia europejsko-rosyjska byłaby nową jakością geopolityczną, ale nie czymś oryginalnym pod każdym względem. Byłaby powiększonym wydaniem Unii Polsko-Litewskiej (faktycznie polsko-ruskiej z dziesięcioprocentowym dodatkiem litewskim). Czym będzie Europa bez tej unii? Czym byłaby Polska bez unii z Litwą (Rusią Litewską)?

Wydanie: 30/2011

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy