Sto dni i jeszcze kilka…

Sto dni i jeszcze kilka…

Rząd Donalda Tuska obchodził swoje sto dni. Było to okazją do wygłoszenia przez premiera drugiego exposé. Wynikało z niego, że rząd jest z siebie zadowolony i nadal wierzy, że w Polsce możliwy jest cud gospodarczy. Opozycja entuzjazmu tego z przyczyn oczywistych nie podzielała. PiS atakowało koalicję jako taką, straszyło naród, że wróci do władzy, co odniosło ten skutek, że notowania Platformy wzrosły. Jarosław Kaczyński atakował Donalda Tuska, zarzucając mu, że jest najgorszym premierem, jakiego zna, a rząd, na czele którego stoi, jest najgorszym rządem w dziejach.
Co na to wszystko LiD?
LiD przyznaje, że po ostatnich wyborach zmieniła się atmosfera w kraju. Można mieć nadzieję, że jest mniej nielegalnych podsłuchów, nie widać (przynajmniej w telewizji) kolejnych wyczynów CBA.
Można też odnieść wrażenie, że ministrowie tego rządu wzajemnie się nie podsłuchują i nie nagrywają. Niby to dużo. Na tyle dużo, że sondaże Platformy są dobre. Na razie są dobre.
Za pół roku nikt już nie będzie pamiętał atmosfery IV RP, a ludzie zaczną pytać o konkrety. Co z reformą służby zdrowia? Co z płacami dla nauczycieli? Co z najniższymi emeryturami? Co ze strefami ubóstwa? Co z niedożywionymi dziećmi, o które upomniała się Komisja Europejska, wyręczając rzeczniczkę praw dziecka, panią Sowińską, której uwaga skupiała się raczej na zapewnieniu polskim dzieciom dobrobytu moralnego, co wymagało m.in. zbadania preferencji seksualnych Teletubisiów.
Lista spraw niezałatwionych jest długa. Co z finansowaniem nauki? Co z edukacją?
Oczywiście nikt rozsądny nie oczekiwał, że wszystkie te problemy, których nie udało się rozwiązać poprzednim rządom, rozwiąże rząd Donalda Tuska w trzy miesiące.
Ale przez te trzy miesiące można było przynajmniej przedstawić koncepcje reformy służb specjalnych i poprawienia systemu sprawowania nad nimi kontroli. Okazuje się, że Platforma ani tym bardziej PSL nie mają tu żadnej koncepcji.
Brakuje pomysłu na to, co zrobić z CBA. Najlepiej byłoby służbę tę rozwiązać, a jej kompetencje rozparcelować wśród pozostałych kilku służb, w szczególności między CBŚ, ABW czy organy kontroli skarbowej. Oczywiście próba rozwiązania CBA wywołałaby awanturę z PiS, które krzyczałoby z właściwą sobie demagogią, że Platforma nie chce walczyć z korupcją, co więcej, chroni łapówkarzy i zapewne sama ma coś do ukrycia. Nie chcąc tej awantury i jej politycznych konsekwencji, trzeba co najmniej ustawę o CBA ucywilizować, wzmacniając gwarancję praw obywatelskich, poddając sądowej kontroli różne decyzje CBA. Jest to niezbędne minimum. Tymczasem nawet tego Platforma nie robi. Raport Julii Pitery, który miał obnażyć bezeceństwa CBA i, zdaje się, uzasadnić jego likwidację, okazał się niewypałem, a Julia Pitera ostatnio nawet twierdzi, że raport ten nie był żadnym raportem, tylko notatką zawierającą jej prywatne przemyślenia. Podobno poza premierem tego raportu czy też notatki nikt nie widział. I to by było tyle, jeśli chodzi o CBA. Mariusz Kamiński pozostaje szefem tej instytucji, gdyż okazało się, że z mocy ustawy (uchwalonej swego czasu także głosami posłów Platformy) jest nieodwoływalny.
Aby pozbyć się z telewizji Urbańskiego, koalicja wymyśliła faktycznie zamianę Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji na „Radiokomitet”, dając część dotychczasowych kompetencji rady urzędowi podległemu premierowi, i dąsa się, że LiD tego pomysłu nie chce poprzeć.
Projekt ten, owszem, pozwala pozbyć się z telewizji ludzi PiS, ale bardziej niż dotąd uzależnia media od rządu. Na to LiD nie chce się zgodzić. Poza tym uszczuplenie kompetencji Krajowej Rady i przekazanie ich administracji rządowej jest wątpliwe z konstytucyjnego punktu widzenia i gdyby do Trybunału Konstytucyjnego skierował tę sprawę prezydent, byłyby duże szanse, że Trybunał by tę niekonstytucyjność uznał.
Ratyfikowanie traktatu lizbońskiego bez całości Karty Praw Podstawowych to kolejny grzech rządu Tuska. W dodatku grzech przeciw własnym wyborcom, bo Platforma przyjęcie Karty Praw Podstawowych w kampanii wyborczej obiecywała.
Mimo upływu trzech miesięcy ciągle nie ma rządowego projektu nowelizacji ustawy o prokuraturze, pozwalającego na rozdzielenie funkcji prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości. Jest w tej sprawie poselski projekt ustawy Lewicy i Demokratów, ale od listopada zalega w przepastnych szufladach marszałka Sejmu.
Można odnieść wrażenie, że Platforma oswoiła się z różnymi patologiami instytucji państwowych odziedziczonych po IV RP i zaczyna się do nich powoli przyzwyczajać. To zdecydowanie osłabia zapał do reform. Jeśli nic w prokuraturze i służbach się nie zmieni, można żywić obawę, że instytucje te, ze wszystkimi swymi patologiami, wydadzą się Platformie bardzo użyteczne w rządzeniu.
Tymczasem w mediach pojawiły się upiory IV RP. A to za sprawą Dochnala, który w TVN ujawnił kilka faktów, które te upiory ożywiły. Powiedział mianowicie, że w czasie gdy był w areszcie, Zbigniew Ziobro przysyłał do jego żony emisariusza, red. G., który miał przekonać Dochnala do zostania świadkiem koronnym (czytaj: obciążenia paru osób). Powiedział też, że dziennikarka, niejaka Dorota Kania (kiedyś „Życie Warszawy”, teraz „Wprost” i telewizyjna „Misja Specjalna”), obiecywała wstawiennictwo u ministra Ziobry, a w zamian za swe usługi poprosiła teściową Dochnala o pożyczkę drobnej kwoty 245 tys. zł. Ot tak, grzeczność za grzeczność. Powiedział też, że jego adwokat Ryszard Kuciński okazał się agentem ABW, a przed telewizyjnym spektaklem, z osobami z jego otoczenia próbował nawiązać kontakt były minister Wassermann.
No i zawrzało. Ziobro wypiera się znajomości z Kanią. Kaczmarek tę znajomość potwierdza.
Wassermann przysięga się, że do nikogo z otoczenia Dochnala nie dzwonił, a za całą sprawą dostrzega jak zwykle… układ. Układ sterujący teraz Dochnalem. Dorota Kania potwierdza wprawdzie pożyczkę, ale twierdzi, że nie wiedziała, iż osoba, która jej pożycza, jest teściową Dochnala. Taka wpadka takiej dziennikarki śledczej? Nie wiedziała nawet, od kogo pożycza tę drobną sumkę?
Wszyscy bohaterowie opowieści Dochnala przed kamerami telewizyjnymi wzajemnie się oskarżają, dementują opowieści innych, straszą wzajemnie sądem. Jeden mecenas Ryszard Kuciński milczy z godnością.

Wydanie: 10/2008

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy