Brudna atmosfera

Brudna atmosfera

Nikt nie oczekuje, że w demokracji zapanują przesadnie wysubtelnione formy grzecznościowe, jednak i w tym ustroju nieokrzesanie powinno mieć jakieś granice. Niestety, zdaje się, że nie ma i ku lepszemu nie idzie. Zadawanie sobie publicznie kłamu znormalniało i ci politycy, co jeszcze kilkanaście lat temu z peerelowskiego przyzwyczajenia mówili: „mijasz się z prawdą”, dziś przed kamerami telewizyjnymi walą prosto z mostu: „kłamiesz” („pan kłamie” i cała grzeczność jest w „panu”, bo czuje się, że woleliby powiedzieć: „kłamiesz, łachudro”). Coraz częściej słyszy się w telewizyjnych dyskusjach słowa „brednia” i „bzdura” nie w ich oficjalnym znaczeniu, lecz jako kwitowanie wypowiedzi interlokutora, z którym siedzi się nos w nos. Były czasy i kraje, w których za mniejszą obelgę prawie 10 tys. mężczyzn ginęło rocznie w pojedynkach. Nie stawiam tamtych czasów za wzór, lecz wspominam dla uwypuklenia tego, co jest.

Pan poseł Mastalerek, rzecznik swojej partii, usłyszał w wypowiedzi pani premier Ewy Kopacz już nie zwykłe „kłamstwo”, lecz „ordynarne kłamstwo”. Nie słyszałem, żeby został za to zganiony choćby jednym zdaniem. Te gburowate obyczaje tak się uzwyczajniły i tak wrosły w obyczaj klasy politycznej, że najwyższa dyplomacja też się przed nimi nie uchroniła. Premierowi Węgier nie powiedziano dosłownie, że „kłamie” i mówi „brednie”, lecz zrobiono to za pomocą pseudonimów i grymasów. Pani premier Ewa Kopacz, która przełknęła milcząco obraźliwe słowa posła rzecznika, powetowała sobie tę moralną szkodę, strojąc krzywą minę podczas publicznego wystąpienia z premierem Węgier.

Trochę za mało powiedziano o wizycie węgierskiego premiera w Warszawie. Mówiąc nieco więcej, trudno nie użyć niezbyt pochlebnego słówka „Polaczkowie”. Otóż Polaczkowie rządowi rozgłaszali, że Orbán przyjechał po „rozgrzeszenie”, że tego „rozgrzeszenia” nie dostał, wprost przeciwnie „otrzymał połajankę”.

Co za niesamowita zarozumiałość! Polaczkowie warszawscy uważają, że jeśli jakiś sąsiedni kraj prowadzi inną niż Polska politykę, to powinien się przed nami tłumaczyć i prosić o rozgrzeszenie.
Zarozumialstwo oślepia Polaków na oczywiste fakty, również na wielką historię. Węgry nadal są krajem uważanym w Europie za bardziej zachodni niż Polska. Uczona historiografia zachodnioeuropejska od dawna więcej uwagi poświęca Węgrom niż Polsce i nie pozwala sobie na takie błędy w stosunku do nich, jakie popełnia w stosunku do nas. Między naszymi krajami istniały ciekawe podobieństwa jeszcze przed epoką powszechnego wyrównywania wszystkiego. Węgry dopiero od traktatu w Trianon stały się państwem narodowym, z czym do dziś nie mogą się pogodzić, dawniej stanowiły imperium, tak jak Polska przed zaborami. Nie studiowałem historii Węgier, ale przekonuje mnie opinia, z jaką się spotkałem u autorów cudzoziemskich, że Węgry prawie zawsze miały elitę władzy wybitniejszą i bardziej odpowiedzialną niż Polska. I tak jest obecnie. Jest w Warszawie prof. Bogdan Góralczyk, który doskonale zna Węgry w sposób naukowy i intymny, niech powie, czy nie mam racji.

Gburowaty język, nieprzestrzeganie form, zupełny brak wspaniałomyślności, nie mówiąc o wielkoduszności (samo słowo należy dziś do najrzadszych), wszystko to prze z dołów do samej góry i sprawia, że nie tylko powietrze w Polsce jest zanieczyszczone do tego stopnia, że grozi za to kara, ale również atmosfera moralna jest brudna. Z tej atmosfery wyrasta polska dyplomacja. Radosław Sikorski przestrzegał form (nie od razu), dzięki czemu nie popełniał rzeczy kompromitujących, nawet gdy się mylił. Jego następca razem z Prezydentem uprawiają dyplomację obrażania przeciwnika. Mają to sobie za sukces, gdy przeciwnikowi zrobią złośliwego figla. Obchodzenie rocznicy zwycięstwa w miejscu klęski zostało wymyślone w tym celu, żeby kogoś obrazić, ale wygląda to raczej na plucie pod wiatr.

Gdy się człowiek próbuje zastanawiać nad duchem publicznym w Polsce, przypominają się słowa pewnego francuskiego publicysty z okresu międzywojennego cytowane przez Władysława Studnickiego. Pisze ów Francuz: „Polacy, jakaż to mizerna rasa, jak mali ludzie, jakże rozpaczliwa małostkowość we wszystkim, w dobrym, w złym, w obojętnym. (…) Wszystko, czego dokonują Polacy, wykonane pod tchnieniem ukrywanej nienawiści, która im (…) wykrzywia idee. (…) I rządzą tak jak rządzi niewolnik, dorwawszy się do władzy. (…) Gdy toczy się walka o prawdę, nikt nie oświadcza się za nią i nikt przeciw niej; pustka zupełna i nicość, obrzydliwa podłość, ubrana w gesty brutalne wobec słabych, w gesty służalcze wobec silnych” („L’Esprit”, 1927).

Wydanie: 10/2015

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Komentarze

  1. fly
    fly 24 marca, 2015, 21:10

    Sprawa wizyty Orbana , to miernik szaleństwa solidaruszych „elit” . To zupełne plugawe szaleństwo , w którym uczestniczą media i większość polityków . I dyplomatyczny skandal grubej miary ! A najbardziej głupie jest to , że ich ( „elit „) polityka wschodnia jest kompletnie antypolska w każdym (!) rozumieniu . Ukraina w rozumieniu kanonów politologii jest naszym wrogiem (!) i konkurentem ! Jak się UE rozleci , co może się stać w każdej chwili , zostaniemy z wrogim co do głównej doktryny ( banderyzm ), pogrążonym w wojnie , zbankrutowanym krajem na karku . Z niemiecką Europą z jednej , i Rosją na którą od 25 lat pluliśmy z drugiej strony . Jak Boga kocham , nie znam podobnego samobójczego szaleństwa w polityce !
    Felieton jak zwykle doskonale trafia w sedno .

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Radoslaw
    Radoslaw 28 marca, 2015, 20:03

    „podłość, ubrana w gesty brutalne wobec słabych, w gesty służalcze wobec silnych” Jakiez to smutne i jakiez trafne… Jestem z tego pokolenia, ktore pamieta troche PRL, sporo tez wiem z przekazu rodzicow. Paradoksalnie (a moze nie?), owczesny ekonomiczny egalitaryzm przytlumil polskie pieklo, ktorego wyrazem jest ow cytat. Przede wszystkim dostepnosc pracy nie dawala szefom wszechwladzy nad podwladnymi – z latwoscia mozna sobie bylo szefa i prace zmienic. Dzis przymus ekonomiczny zniewala i upokarza, nieporownanie bardziej, niz polityczny. Nie daje mozliwosci wyboru. Trzeba walczyc o przetrwanie – niszczac konkurentow i podlizujac sie przelozonym. Od 25 lat wmawia sie Polakom, ze taka „kultura” pracy jest zrodlem sukcesu, ze motywuje, ze promuje lepszych itd. Nic bardziej blednego – to niszczy relacje w zespole, nagradza kanalie, a nie ludzi uczciwych. Tacy z definicji nie chca i nie potrafia grac w podly sposob. Skutkiem tego jest rozpad normalnych relacji zawodowych, spolecznych i kompletne zdziczenie zycia politycznego – ludzie przyzwoici po prostu nie chca w czyms takim uczestniczyc. Bez glebokiej, oddolnej odnowy zycia spolecznego nic sie w Polsce nie zmieni. Potrzeba lat pracy organicznej – tylko jakos nie widze atmosfery temu sprzyjajacej. Felieton swietny, jak wiekszosc w „Przegladzie”, pozdrawiam.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy