Śmiertelny wirus, nasz, polski

Śmiertelny wirus, nasz, polski

Dla wielu osób lektura reportażu Janusza Schwertnera „Miłość w czasach zarazy”, opublikowanego przez Onet.pl, była, jest i będzie wstrząsem. Samobójcza śmierć niespełna 15-letniego Wiktora, chłopca w ciele dziewczynki, pokazuje bezmiar przemocy instytucjonalnej dorosłych wobec powierzonych im dzieci. Głównymi oskarżonymi są szkoła i służba zdrowia, de facto nieistniejąca opieka psychiatryczna dla dzieci.

Z jednej strony, codzienna przemoc rówieśników i nauczycieli (sic!), z drugiej – niemożność uzyskania fachowej pomocy służby zdrowia. Z trzeciej – kiedy już dzieciak trafia do placówki szpitalnej, to przebywa w warunkach, które trudno sobie wyobrazić, a co dopiero przyjąć, że to Polska, Europa pod koniec drugiej dekady XXI w. Mówimy tu i o warunkach bytowych – na jedno łóżko przypada dwoje, troje pacjentów, więc śpią na materacach na podłodze, w brudzie – i o podejściu personelu.

Schwertner pisze: „Pościel dobrze pamięta pobyt poprzedniego pacjenta. Jest mocno przepocona, wyraźnie brudna, ale najgorsze wrażenie robią zaschnięte plamy krwi, które nie pozwalają nawet na moment zapomnieć o miejscu, w którym się jest. W tak przygotowanym posłaniu trzeba się położyć, zasnąć w nim i się w nim obudzić, w jakiś sposób powstrzymując obrzydzenie. Światło dzienne, tuż po przebudzeniu, pozwala przyjrzeć się ścianom pokoju. Są pomazane najróżniejszymi flamastrami. Widać napisy: »Jutro się zabiję«, »fuck life«, ale też rysunki, najczęściej penisy i szubienice. I wszędzie ślady krwi: stare, rozmazane, sięgające sufitu. Z kilku łóżek wystają pręty, którymi bez trudu można się okaleczać. Brudne, pełne zarazków. Wielu pacjentów z nich korzysta, by rozrywać sobie skórę, na rękach, nogach, łydkach. Stąd później ubrudzone krwią pościele i ściany”.

Jeszcze bardziej odstręczający jest brak zrozumienia, empatii i fachowości ze strony lekarzy i pielęgniarek – fakt, przeciążonych ponad miarę. Lekceważenie symptomów zagrożenia, złe, niepogłębione albo chybione diagnozy, a na dodatek uprzedzenia i klisze ideologiczne. Tak jakby właśnie lekarz, zamiast pomóc, wcielał strefę wolną od LGBTQ u siebie na oddziale. W praktyce, nie tylko w deklaracji samorządowych fanatyków, którzy postanowili uwiecznić w uchwałach swoje uprzedzenia, ignorancję i w konsekwencji nienawiść, która zabija (obrazuje to ogólnopolski projekt „Atlas nienawiści”). Oburzają się jednak, kiedy ktoś taki jak aktywista równościowy Bart Staszewski wiesza pod tablicami z nazwami miejscowości planszę imitującą znak drogowy z treścią: „Strefa wolna od LGBT”. I z tego powodu, a nie w sprawie swojej ostentacyjnej polityki wykluczenia, gotowi są iść do sądu. Do sądu (innego oczywiście), który już po samobójczej śmierci wysyła do matki Wiktora list. „Pod koniec miesiąca Justyna wyjmuje ze skrzynki list. Nadawca: Sąd Rejonowy – pisze Schwertner. – Otwiera i nie wierzy własnym oczom: to decyzja, by w związku z próbą samobójczą Wiktora w trybie natychmiastowym ustanowić nad nią kuratora. Kurator będzie przychodził do jej domu i sprawdzał, czy właściwie opiekuje się synem. Justyna czyta ten list i płacze. Przez kilka miesięcy walczyła, by ktokolwiek przejął się losem jej dziecka. A gdy je straciła, to tu nagle taki list”.

Jeśli historia Wiktora nie jest skrajnym obrazem zapaści (jeśli nie nieistnienia) systemu edukacyjnego, opieki zdrowotnej, wymiaru sprawiedliwości – to nie wiem już, jaki musielibyśmy zobaczyć obraz. Kiedy piszę te słowa, w mediach czytam, że ujawniona została największa tajemnica skrywana przez polskie państwo (akurat w wydaniu pisowskim) – listy poparcia dla kandydatur na członków tzw. neo-KRS. Myślę jednak, że największa tajemnica, o której zresztą wiemy, czytamy, słyszymy, to fakt, że polskie państwo nie działa w swoich najważniejszych funkcjach i wymiarach. Jest już obojętne na przemoc, którą samo wytwarza. Nie widzi, jak traktuje najsłabszych obywateli swojej pseudowspólnoty. I jak wyrzuca w błoto miliardy złotych, nie bacząc na konieczność podjęcia realnych działań, żeby żaden kolejny Wiktor, czy Wiktoria, z powodu traktowania przez przedstawicieli państwa nie odebrał sobie życia. I tu jest gigantyczna praca do wykonania, której nie wykonają ani IPN, ani zakupione myśliwce F-35. I to jest walka o życie i życia, a nie wojenno-hurrapatriotyczny fantazmat.

Do odpowiedzialności za śmierć Wiktora nie poczuwa się oczywiście żaden przedstawiciel władzy. Sam z siebie tego nie robi, a czwarta władza zajęta jest największymi tajemnicami. I na tej glebie rośnie zabójcza nienawiść – realny wirus śmierci z nienawiści.

Polska nie istnieje realnie.

Wydanie: 7/2020

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy