Smog moralny

Smog moralny

Do szkoły nr 34 chodziłem całe szkolne życie, od pierwszej klasy do ostatniej. Budynek wzniesiono w połowie lat 50., ma dwa skrzydła, podstawowe i licealne, połączone podziemnym korytarzem (teraz ten korytarz zagracono i zamurowano). Na taśmę mojej pamięci nakręcona jest scena: pierwszy dzień szkoły, stoję w tym podziemnym korytarzu, jesteśmy ustawieni parami, niepewny i zagubiony wołam do nauczycielki: „Czy to pierwsza a?”. Poczucie zagubienia będzie mi towarzyszyć całe życie, jest ze mną też teraz. Los obdarzył mnie nędzną pamięcią, jaki pech, mój ojciec miał pamięć świetną, znał całą polską poezję. Słaba pamięć jest udręką mojego życia, nie tylko szkolnego, potem nauczyłem się z tym funkcjonować, jak można nauczyć się funkcjonować bez jednej ręki. Ta moja szkoła to Polska Ludowa, jej ograniczenia i ta do dzisiaj smuta polskiej edukacji. Nieszczęśliwi, sfrustrowani, często zdziwaczali nauczyciele, sztywny program, polityczna indoktrynacja, ale z tym jakoś sobie dawaliśmy radę. I zawsze zdarzali się nauczyciele niezwykli. Taką była Ewelina Lipko-Lipczyńska, dla nas Ewa, piękna jako kobieta, piękna jako człowiek; uczyła polskiego, mądra, lubiąca swoich uczniów. To była ulga te lekcje. W Marcu ‘68, podczas studenckich manifestacji, miała na lekcji płomienne wystąpienie w obronie studentów, z oburzeniem mówiła o antysemickiej kampanii, o kłamstwach. Mieliśmy kolegę, chorobliwego antysemitę, więc kampania antysemicka była mu bliska, na polskim siedziałem z nim w jednej ławce, słyszałem, jak szepce: „Co za odwaga”.

Ewy nie wyrzucono ze szkoły. Sama odeszła. Wyrzucono za to z posady dyrektora Redlicha, miał złe pochodzenie. A pani Lipko wyjechała na stałe z Polski, nie miała złego pochodzenia, więc zawarła fikcyjny ślub z kimś, kto wyjeżdżał (w czasie wojny jej rodzina ratowała Żydów). Funkcjonariusze SB dziwili się: „Czemu pani wyjeżdża? Sprawdziliśmy, nie ma pani żydowskich korzeni”. Wyjechała do Szwecji. Kiedy więc w latach 90. byłem w Sztokholmie dyrektorem Instytutu Polskiego, spotykaliśmy się, oboje już w innych rolach. Ze swoją córką, historykiem sztuki, zaczęła zbierać obrazy i stworzyła niezwykłą kolekcję, którą potem przekazała bodaj Uniwersytetowi Jagiellońskiemu. Już od dawna jej nie ma, ale żyje w moim sercu i w pamięci, też ten jej charakterystyczny przechył głowy, gdy mówiła, jakby łagodnie czesząc słowa.

Odwiedzam teraz dyrektorkę szkoły, chcę się spotkać z minionym czasem. W tym gabinecie rezydował kiedyś dyrektor Redlich; miejsce owiane grozą, był dyrektorem dyktatorem, bali się go uczniowie i nauczyciele. Ewa opowiadała mi, że w 1968 r. nauczyciele rzucili się na niego i go zagryźli, ale wyleciał z posady za wspomniane złe pochodzenie. Opowiadała, że liczył na to, że kiedyś jeszcze wróci, że im pokaże. Nad drzwiami sali, gdzie Ewa uczyła, wisi teraz upamiętniająca ją tabliczka. Szukam dawnych śladów. Wzrusza mnie szczegół, poręcze przy schodach, parapet, na którym graliśmy w cymbergaja. Patrzę jak niegdyś z okna na dziedziniec – na postumencie, na którym stała głowa patrona szkoły gen. Świerczewskiego, teraz głowa obecnego patrona, Cervantesa. A ścięta po 1989 r. głowa generała trafiła do Kozłówki, gdzie zgromadzono „słuszne” pomniki z tamtej epoki.

*

PiS chce wbić nóż w brzuch wolnych mediów. Czekaliśmy, z której strony przyjdzie cios. I już wiemy. Reklamy. A na razie telewizja reżimowa rusza z kampanią nienawiści wobec Macieja Stuhra, bo powiedział: „Zastanawiam się nad tym, na ile mamy jeszcze siły, czy nam się jeszcze chce walczyć o ten kraj. Jeśli mam szczerze odpowiedzieć, jaka była moja pierwsza myśl, to była ona taka: czy mnie się jeszcze w ogóle chce być patriotą? Czy mam w sobie wystarczająco dużo determinacji, by toczyć bój o sprawy, o które w mojej opinii walczyć trzeba? Czy zostawić to innym? Bo ileż można się kopać z koniem?”.

Przy okazji od razu padają nazwiska Jandy i innych artystów, zwanych przez reżimową propagandę celebrytami, to ludzie obcy duchem. Swoi i obcy, niezwykle ważne pojęcia dla prawicy narodowej. Swój to abp Jędraszewski, ojciec dyrektor, a nie jakaś Janda. I ciągle to marzenie o wymianie elit. Jak stworzyć nowego Polaka, prawicowo-narodowego. Zanurzony w Norwidzie śledzę jego nieustanne zmaganie z polskością, próby znalezienia nowej, bardziej nowoczesnej formuły Polaka. To, co nam proponuje dziś PiS, to jakaś karykatura. „Polak jest jak olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł – jesteśmy karykatury i jesteśmy tragiczna nicość i śmiech olbrzymi”, pisał Norwid. Stuhr nie wyjedzie z Polski, jestem pewien, nadal będzie się kopał z koniem czy raczej z osłem. Ale wyjadą tysiące młodych i to będą ludzie szczególnie wartościowi, wyjadą z powodów już nie ekonomicznych, ale moralnych. Z powodu niesmaku, oburzenia, smogu moralnego, jaki wisi nad Polską.

t.jastrun@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 8/2021

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy