Szansa w zaniechaniu?

Przyjął się zwyczaj, że ktokolwiek choćby przez pięć minut błysnął na nieboskłonie życia publicznego, ten pisze książkę. Takich książek są setki, przez co zawód pisarza uległ straszliwej dewaluacji, bo co to za sztuka być Myśliwskim, skoro obok leży książka Radka Sikorskiego, o którego sam pan prezydent kłóci się z premierem? Książkę wydali także Tomasz Sekielski i Andrzej Morozowski, nazywa się ona „Teraz My prześwietlamy” (dziękuję za egzemplarz z miłą dedykacją). Autorzy są znani, popularni dzięki telewizji, a więc ich książka z pewnością się rozejdzie.
Nie wiem jednak, czy jej autorzy zdają sobie sprawę, że wydali książkę przerażającą. Składa się ona z fragmentów kolejnych programów TVN, a więc „Prześwietlenia” i „Teraz My”, oraz z komentarzy odautorskich, podanych w formie dialogu. Otóż przerażające w książce Sekielskiego i Morozowskiego jest to, że przez ich programy przewinęli się praktycznie wszyscy, którzy brali udział w naszym życiu publicznym – premierzy, ministrowie, wodzowie partii politycznych, posłowie, a także osoby, o których głośno było w związku z polityką, jak np. pani Jarucka, która przyniosła do sejmowej komisji śledczej fałszywy dokument mający skompromitować Włodzimierza Cimoszewicza, albo pani Aneta Krawczyk, która nie może się zdecydować, kto jest ojcem jej dziecka, Łyżwiński, Lepper czy nieznajomy z dworca w Piotrkowie Trybunalskim. I wszyscy ci ludzie razem wystawili świadectwo poziomowi naszej debaty publicznej.
W normalnym państwie książka taka jak „Teraz My” Sekielskiego i Morozowskiego byłaby pouczającym przeglądem poglądów na perspektywy państwa polskiego, geopolitycznych analiz naszej pozycji w Europie i świecie, rewią koncepcji ekonomicznych i wizji kulturalnych społeczeństwa polskiego. U nas jest ona zbiorem przesłuchań sądowych i sejmowych komisji śledczych, pokazem chwytów dziennikarstwa śledczego, zbiorem kwitów lustracyjnych i przeglądem afer gospodarczych, gdzie równorzędnymi partnerami przywódców narodu są Andrzej Czyżewski, ongiś prokurator, z którym dziennikarze rozmawiać mogą tylko za granicą, ponieważ w kraju obawia się aresztowania, albo Kuna z Żaglem, para określana w dowcipie jako „najszybsze zwierzę świata”.
Sekielski z Morozowskim są w porządku. Rozmawiają oni z tymi, którzy są „na topie” i o tym, czym media karmią opinię publiczną. Ale obraz, który się z tego wyłania, jest obrazem dramatycznym. Pokazuje on po prostu, w jakiej głupocie i bezmyślności upływały nam w Najjaśniejszej miesiące i lata i jak kurczył się i deformował krąg problemów obywatelskich, które stawiano przed oczyma społeczeństwa.
Obecnie formowanie nowego rządu przez Donalda Tuska obserwowane jest przez społeczeństwo z nadzieją i uczuciem ulgi, co stanowi zrozumiałą reakcję na IV RP, której Platforma Obywatelska zresztą, nawiasem mówiąc, również wszak była zwolenniczką. Sądzi się jednak, że mimo rozmaitych werbalnych deklaracji, wypowiadanych w przeszłości przez tę formację, nie traktuje ich ona zbyt serio i w jej postępowaniu u władzy zwycięży pragmatyczny rozsądek, co uważa się obecnie za stan optymalny.
Byłoby to oczywiście dużo, ale nie wszystko. Wiadomo bowiem, że na zwycięstwo PO zapracowała zarówno niechęć do rządów PiS, jak i nadzieje wiązane z Platformą niejako na wyrost. Takimi są na przykład nadzieje na tolerancję obyczajową czy zahamowanie procesu klerykalizacji kraju, w którym PiS rzutem na taśmę w ostatniej chwili zapewniło jeszcze duszpasterstwo policji, z kaplicami i pokojami księży w komendach. Takimi nadziejami są nadzieje na nowoczesny i otwarty system oświatowy, przygotowujący młodzież do rzeczywistych, a nie urojonych problemów współczesnego świata. Takimi nadziejami są nadzieje na europejską normalność w miejsce narodowej magalomanii.
We wszystkich tych sprawach jednak niewiele słyszymy wyraźnych deklaracji. Chociaż piszę te słowa przed expose sejmowym premiera, to niemal żaden z desygnowanych ministrów, wśród których jest kilku rzeczywistych fachowców, nie postarał się dotąd o przedstawienie swojego programu wykraczającego poza porządkowanie spuścizny po poprzednikach. Nie można więc także wykluczyć, że walor nowego rządu polegać będzie w dużej mierze na zaniechaniu działań, które PiS zamierzało wymusić ogniem i mieczem. Nie jest to do pogardzenia, ale nie jest też żadnym programem.
Tymczasem zaś Polska jak rzadko kiedy potrzebuje kilku chociażby celów, wokół których można by skupić wyobraźnię społeczeństwa.
Powinny to być cele ekonomiczne, a więc łagodzenie dramatycznego rozdarcia pomiędzy poziomem życia warstw uprzywilejowanych i warstw pracujących, chociażby na początek w sferze budżetowej. „Sytuacja, gdy poseł zawodowy zarabia pięć lub sześć razy więcej niż nauczyciel licealny po najdłuższym stażu, a średniej rangi urzędnik ministerialny więcej niż profesor zwyczajny państwowego uniwersytetu, jest naigrawaniem się z zasady słusznej płacy”, pisze prof. Jerzy Wiatr i ma po stokroć rację.
Powinny to być także cele kulturalne w bardzo szerokim ujęciu, sięgającym także historii. To, że pan prezydent 11 listopada tego roku uznał za stosowne dekorować pośmiertnie – i to w obecności prezydenta Litwy – akurat Szyndzielarza „Łupaszkę”, który z ochotą rozstrzeliwał właśnie Litwinów, a także wyróżniał „żołnierzy zapomnianych” z NSZ, z których część współdziałała z hitlerowcami, uznać można za reakcję nerwową na porażkę wyborczą jego brata bliźniaka. Ale przecież jakiegoś ładu wreszcie domaga się ciągłość państwa polskiego po II wojnie światowej, w którym urodzili się i wykształcili wszyscy obecni rządzący. Ładu także domaga się ciągłość nowoczesnej kultury polskiej i społeczny dostęp do dóbr kultury, zamykany dzisiaj coraz szczelniej przed ludźmi ubogimi.
Ostatnie rządy SLD postawiły sobie za główny cel integrację Polski z UE i cel ten osiągnęły, a 1 maja 2004 r. stał się naprawdę ważną datą w naszej historii. Nie wystarczyło tego, jak wiemy, do zachowania władzy, ale było jakimś kierunkiem. Rządy PiS postawiły na „rewolucję narodową” i to, że marginalna początkowo partyjka Jarosława Kaczyńskiego zdołała przechwycić władzę, pokazuje, że paradoksalnie trafiły aż do 30% wyborców, którzy teraz dopiero doznali otrzeźwienia.
Trudno przypuszczać, że ludzie, którzy obecnie z otuchą patrzą na początki rządów Tuska i Pawlaka, pozostaną nadal w tym nastroju jedynie dlatego, że będzie to rząd łagodnego zaniechania. Ich programem minimum jest być może po prostu nadzieja, że drugi tom książki Sekielskiego i Morozowskiego, jeśli taki powstanie, przyniesie im coś bardziej pożywnego niż wyznania Nelly Rokity, że „nie ma wielkiej różnicy między Platformą a PiS” lub radosna deklaracja Kazimierza Marcinkiewicza, najpopularniejszego i najbardziej komicznego premiera Najjaśniejszej, że ” jest zawsze szczęśliwy”.

Wydanie: 47/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy