Nie smuć się, Janku

Krytycy rzadko chadzają parami i dość rzadko przyjaźnią się ze sobą. Trzymają się raczej z poetami, z malarzami, od biedy – z prozaikami. Z kolegami po fachu – raczej nigdy i dużo by o tym mówić. Toteż i ja nie znam za dobrze Jana Pieszczachowicza, “a on mnie, tym bardziej że on z Krakowa, a ja z Warszawy, co jest przecież więcej niż z Tokio do Buenos Aires”. Kto jest Pieszczachowicz, wiadomo dobrze – założyciel sławnego Studenta “Ojciec Duchowy Nowej Fali”, czyli po prawdzie wróg mojej rodzimej formacji – “Współczesności”. Ale wszystkie nasze niegdysiejsze spory dawno wiatry śniegiem i kurzem przysypały, on żebrak, ja żebrak, o co tu wojować? Otóż Janek zebrał w grubym tomie swoje najcelniejsze szkice i zatytułował “Smutek międzyepoki, szkice o literaturze i kulturze”, i pewnie się spodziewa, że czytelnicy ustawią się do jego książki w długiej kolejce. Nie byłoby to, nawiasem mówiąc, od rzeczy, bo książka jest wielostronnie ciekawa, traktuje o wielu sprawach i nosi znamię jakiejś szczególnej rzetelności. Pieszczachowicz nie pozwala sobie na jałowe połajanki, co najwyżej – cytuje i to najzupełniej wystarczy. Książka nie jest ani lewicowa, ani prawicowa, nie ma w niej za grosz fanatyzmu i jakiegokolwiek fundamentalizmu. Ale już bardziej szczegółowy opis nastręcza niejakie problemy – te przez pół tysiąca stron zostały zapisane, w sensie przenośnym nadzwyczaj gęsto. Nie mam żadnej szansy, żeby to potraktować ze stosowną szczegółowością i respektem. Po prostu jest tego wszystkiego za dużo, nic dziwnego, bo pierwsze szkice pochodzą z początku lat 70.
Rzecz dzieli się na części, niekoniecznie ułożone chronologicznie. Na pierwszy plan wysuwają się “polskie piekła i czyśćce” – o rajach jakoś autor nie wspomina. A kończy się wszystko wielkim szkicem o postmodernizmie, zatytułowanym “Wieża Babel”, co mówi samo za siebie. Zresztą sam za siebie mówi także tytuł całości, przypominam – “Smutek międzyepoki…”. Ale tu już przestaję się z Pieszczachowiczem zgadzać – oczywiście, zamęt jest przeokropny, ale dlaczego i smutek? Jeśli się nie mylę, o międzyepoce mówił po raz pierwszy w Polsce Wańkowicz, a o smutku jako wybieranej postawie – Faulkner, ale mnie to nie kojarzy się ze sobą – wiatr i przemiana są dla mnie znakami nadzie, a – przeciwnie – nie dowierzam stabilizacji. Pamiętasz, “zrywa się wiatr, spróbujmy żyć”, a to przecież napisał arcyklasyczny Valery. W ogóle jestem raczej optymistą, co nie znaczy, że wiele kochanych przeze mnie rzeczy nie zginie lub nie pójdzie w zapomnienie. No i trudno, no i co z tego? Tak naprawdę międzyepoką jest każda chwila teraźniejsza, każdy dzień i tydzień bieżący. Co z tego lub owego wyniknie, będziemy wiedzieli grubo potem.
Dlatego zresztą postmodernizm wydaje mi się określeniem bardzo niekompletnym, bo osadzonym na gruncie estetyki. Te uzasadnienia i motywacje są w miarę nowe, nie rzecz sama. Wolę już New Age, chociaż to z kolei spycha mnie ku astrologii, piramidologii i innym specjałom. Ale jak kto woli, może być w tej samej roli i międzyepoka. Tylko że wszystko to nie jest już sprawą wyłączną literatury. Zresztą wie o tym i sam Pieszczachowicz, chociaż temperament skłania go chyba do wyboru literatury jako zasadniczego tematu i tworzywa. Ale jest tu za wiele spraw, za wiele problemów, żebym mógł podjąć bodaj najistotniejsze. Książka jest w każdym razie ciekawa nie tylko dla fachowca. Cóż jednak z tego, skoro przecież tak w Krakowie, jak i w Warszawie, jak zresztą w dowolnym miejscu w Polsce, czytelnictwo upadło prawie ze szczętem, a stąd i zawód komentatora nie cieszy się wzięciem.
Co się odnosi w równej mierze do Pieszczachowicza, jak do mnie samego…

Wydanie: 2/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy