Sny i pozory

Sny i pozory

Antoś pyta tuż przed zaśnięciem: „Czy sen może się zmieniać w rzeczywistość? A właściwie to z czego zbudowane są sny?”. Zasypia, zastanawiając się nad naturą snu. Po chwili odpływa i nagle niepokoję się, czy nie odpływa za daleko. Poznaliśmy już naturę kosmosu. Życie zakorzeniło się tylko na trzeciej planecie od Słońca, wokół mróz i pustka.
Dwóch taksówkarzy – każdy człowiek jest osobną planetą. Pierwszy to zagorzały kibic Legii. Niegłupi i sympatyczny. Ale nie rozumie, w jaki idiotyczny mechanizm dał się wkręcić: szukanie wroga, wojny klubowe. Prymitywne plemiona kibiców traktują to jako coś oczywistego. A poza tym patrzy na świat całkiem trzeźwo. Mówi, że kibice Legii zajmują się trzema sierocińcami – i dumny jest z tego. Dobroczynność, która ma uszlachetniać ich nienawiść. Drugi taksówkarz jest w trakcie rozwodu; on z kolei dumny, że się znalazł w grupie 50% rozwodzących się polskich małżeństw. Tak dobiliśmy do Zachodu, a jak tak dalej pójdzie, to go przegonimy. Kobiety wyzwolone zostały z gorsetu grzecznej dziewczynki. A przy okazji uwolniono ukryte demony. Dlatego małżeństwo staje się tak karkołomnie trudne – rozsypały nam się reguły gry.
Dzieci to największe ofiary rozpadu związków. Ich sytuacja jest dzisiaj niezwykła i paradoksalna. Są beneficjentami nowego świata, ale też ofiarami nowej sytuacji. Do niedawna dzieciństwo jako świat sielski i anielski nie istniało. Dzieci umierały powszechnie, rodzono ich wiele na wszelki wypadek, a rodzice nie mieli dla nich czułości ani uwagi. Zajmowały się same sobą. Dzisiaj dzieci są pępkiem świata, więc pochłaniają masę energii rodziców. Dwójka moich chłopców to dwa wulkany, które łączą w jeden strumień swoje energie. I nieustannie żądają uwagi i troski. Jaka to ciężka praca wozić je do szkoły i z niej przywozić. Chodziłem sam do szkoły wśród ruin Warszawy. Bardziej wtedy bano się III wojny światowej niż tego, że coś mi się stanie.
Przeszłość nigdy się nie dowie, ile straciła, przeoczając świat dzieci. Niszczono im dzieciństwo, traktując je jako mniejszych i gorszych dorosłych. Szczególnie ojcowie nie wiedzieli o nich nic. Tym łatwiej było im mordować kobiety i ich dzieci w czasie rzezi miast. Na progu XX w. wychowanie w pruskim drylu zmieniało serca w metalowy przedmiot i Niemcy mogli zamordować milion dzieci podczas ostatniej wojny.
Sztuka nowoczesna powstałaby już dawno temu, gdyby patrzono, jak dzieci rysują, i słuchano tego, co mówią. Dzisiaj wahadło odchyliło się nawet za bardzo w stronę przyzwalania dzieciom na wszystko, co też im szkodzi. Brak reguł gry, stawiania granic produkuje egotyków. „Neurotyczna osobowość naszych czasów” opisana przez Karen Horney staje się narcystyczna.
Patrząc na nasz jarmark polityczny, myślę: wychowanie dzieci, upadek starego modelu małżeństwa to prawdziwe wielkie współczesne rewolucje. Politycy są tylko jak kukiełki w teatrzyku. Byle nie spowodowali pożaru, bo wszystko pójdzie z dymem.
Raczej miłe wrażenia po exposé Ewy Kopacz. Nie ma wielkich czy nawet małych wizji, naszych polityków nie stać na nie, a może już czują bliskość wyborów. Sporo optymizmu, a to zawsze u nas towar deficytowy. Trochę snów, z których część może się pojawić na jawie. Wizerunkowo Ewa Kopacz wypadła dobrze. Głos i ręce już jej nie drżą, wchodzi w swoją rolę. Jeśli uda się jej połączyć wrażliwość i twardość, którą kilka razy pokazała w przeszłości, da sobie radę. Na pohybel nienawistnikom i malkontentom. Życzę jej jak najlepiej, chociaż w cuda nie wierzę. Rządzenie to jednak też gra pozorów. Nie może być tylko za dużej różnicy między pozorami a faktami.
Najlepsze exposé wygłosiłby Barack Obama ze swoim sztabem pisarskich doradców. Kto wierzy, że pani premier napisała sama to wystąpienie? Wyznacza tylko akcenty i akceptuje czyjeś słowa.
Marek, niezwykle rozwinięty intelektualnie, praktycznie i politycznie kierowca, wiezie mnie do telewizji i mówi: „Całe szczęście, że PiS nie uczy się na błędach. Swoich ani cudzych. Czyli w ogóle się nie uczy”.
Domyślam się, jak napocił się prezes, gdy pani premier zaproponowała mu, żeby wykonał gest wobec Tuska. „Co robić, co ja mam robić?”, mamrotał w kuluarach. Adam Hofman jest zawsze pod ręką. „Prezesie – szepnął – nich prezes podejdzie i poda mu rękę. Zyskamy na tym”. I prezes podszedł. Pojednanie trwało pół minuty. Kaczyński, patrząc w oczy Tuskowi i nam wszystkim, mówi: „To nieprawda, że nienawidziłem ciebie”. To jak można było stworzyć tyle nienawistnych pozorów? Po to, by innych wpędzić w nienawiść?
A potem na trybunę sejmową weszła pisowska przekupa polityczna i zaczęło się złorzeczenie i targ. Rytuał śmiertelnie nudny i niesmaczny.

Wydanie: 41/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy