Zachód – ziemia obiecana i zadeptana

Zachód – ziemia obiecana i zadeptana

Świat się dzieli na Północ i Południe; Północ dzieli się na Wschód i Zachód. Południe się nie dzieli, w każdym razie gazety nie piszą, żeby się dzieliło. Wszędzie coś się dzieje, ale to, co się dzieje w zachodniej części Północy, co najmniej od Renesansu, jest najważniejsze i wpływa na cały pozostały świat. Zachód dzieli się na Europę Zachodnią i Amerykę Północną. Część Zachodu jest archipelagiem rozrzuconym po całej kuli ziemskiej i składa się z Australii, Nowej Zelandii i Izraela. I może z czegoś jeszcze, co mi w tej chwili nie przychodzi na myśl.
Wiele narodów niezachodnich uważa Zachód za siłę opiekuńczą całego globu i gdy się gdzieś źle dzieje, nie żadna inna część świata, lecz Zachód jest wzywany na pomoc i obwiniany zarówno wtedy, gdy nie pomoże, jak i gdy pomoże.
Polacy, gdy tylko wyszli ze swojej sarmackiej ciemnoty, od razu domyślili się, że jest taki Zachód, który powinien mieć nas w swojej opiece. Już Kościuszko na to liczył. Po każdej klęsce rozlegał się lament, że Zachód nas zdradził, a powinien był wyzwolić. Zdradził nas w Jałcie, nie przyszedł z pomocą we wrześniu 1939 roku ani podczas powstania warszawskiego, o czym samokrytycznie powiadamia nas w grubym dziele profesor Norman Davies, Brytyjczyk. Dziwiłem się, skąd Polacy w XIX wieku brali pewność, że obowiązkiem Zachodu jest wyzwalać naród polski lub chronić go przed klęską. Teraz, gdy każdego dnia otrzymujemy wiadomości ze wszystkich zakątków świata, już się dziwić nie można. Zbuntowani Czeczeni skarżą się, że Zachód pozwala Rosjanom ich uciskać, co jest ohydną zdradą. Zachód przecież ma oczywisty obowiązek wziąć Czeczenię pod swoje skrzydła opiekuńcze i niezrozumiałe jest, dlaczego tego nie robi. Moskiewscy liberałowie pytają retorycznie, dlaczego Zachód nie wprowadza w Rosji liberalnej demokracji, dlaczego pozwala Putinowi samowolnie mianować gubernatorów i dopuszczać się innych aktów despotyzmu. Podobnie tybetański Dalajlama: kiedyż w duszy Zachodu odezwie się sumienie, a z oczu jego spadnie bielmo niewiedzy? Tybet czeka na wyzwolenie przez Zachód. I tak z całego niezachodniego świata dochodzą apele, wezwania i prośby: Zachodzie pomóż, Zachodzie wyzwól, Zachodzie ocal, Zachodzie nakarm. I mniejsza o to, czy Zachód wyzwala i karmi, znamienne jest, że świat wyznaje wiarę w Zachód, że w tej części globu widzi najwięcej moralności i siły, a także siedlisko najwyższego sensu, nawet jeśli tego zachodniego sensu nienawidzi. Zachód, kochany czy nienawidzony, przyciąga ludzi zewsząd. Przenikają przez jego granice legalnie i nielegalnie, lądem przez zieloną granicę, morzem na dziurawych statkach, duszą się w kontenerach, na rozmaite sposoby ryzykują życiem, aby żyć na Zachodzie. Oszukują konsulaty, kupują fałszywe dokumenty lub – po przekroczeniu granicy hiszpańskiej – czym prędzej niszczą prawdziwe. Jedni liczą na azyl polityczny, drudzy na czarną robotę; jedni wciskają się pojedynczo, drudzy całymi rodzinami, grupami. Wreszcie my, Polacy i inni wschodni Europejczycy, korzystając z geograficznego sąsiedztwa, weszliśmy w granice Zachodu całymi państwami.
To jedna strona medalu. Drugą jest pesymizm samego Zachodu co do swojej przyszłości. Tym nastrojem w większym stopniu dotknięta jest europejska część Zachodu. Ameryka Północna ma mniej powodów do złych przeczuć, chociaż nie wszyscy są tego zdania (np. Rifkin, Emmanuel Todd, także Lester C. Thurow). Europejski system społeczny i polityczny nie radzi sobie z integracją napływającej ludności. Zachowuje ona swoje obyczaje, religie, poczucie etnicznej tożsamości. To pozostawanie „sobą” w drugim, trzecim pokoleniu nabiera charakteru czysto negatywnego: kultura przodków zostaje porzucona, żadna nowa nienabyta, a „tożsamość” polega na wrogości wobec zachodniego społeczeństwa. Jest to populacja żyjąca poza systemem i pod tym względem (ale porównania nie wolno posuwać za daleko) przypomina zjawisko „buntu mas”, jakie pojawiło się w Europie po pierwszej wojnie światowej, gdy wskutek rozpadu przedwojennych, tradycyjnych struktur szerokie rzesze znalazły się poza integrującym porządkiem. Dyktatury i ustroje totalitarne, jakie zapanowały wówczas na kontynencie, były reakcją na to zjawisko. Zastosowanie tego rodzaju metod dzisiaj jest nie do pomyślenia, a problem do rozwiązania jest trudniejszy. Europa Zachodnia przyciąga obfitością i łatwą dostępnością dóbr konsumpcyjnych, ale już nie kulturą i nie swoimi „wartościami”.
Również narody, które w granice Zachodu weszły w zwartym szyku państwowym, nie bardzo skwapliwie przyswajają sobie zachodnie wzory współżycia i współpracy. Polska jest najlepiej znanym nam przykładem. Nigdy regres do „sarmatyzmu”, do polityki będącej mieszaniną anarchii i tyranii, do dominacji religii w kulturze, a kleru w polityce nie był tak widowiskowy jak właśnie po wejściu do Unii Europejskiej.
Imigranci z Maroka, Algierii czy Cejlonu przedostawszy się szczęśliwie do Europy Zachodniej, myślą tylko o jednym: stać się pełnoprawnymi beneficjentami państwa socjalnego; od narodów, które nas przyjęły, żądamy solidarności, a poza tym nie chcemy ich znać. Czy Polska jako państwo zachowuje się inaczej? Świat zadusi Europę Zachodnią swoim wymaganiem solidarności.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy