Miks szpitalny

Miks szpitalny

Nie pozwolono mówić o mojej książce o depresji w publicznym radiu. Niby żadna niespodzianka, a jednak rzygać się chce. Nieważne, o czym jest książka, autor na indeksie wystarczy. A ja znowu w szpitalu, tym razem już nie ucieknę od elektrowstrząsów i chcę ich, skoro lekarstwa nie pomagają. Pisząc felietony od kilkudziesięciu lat, zawsze korzystałem z otoczenia, żywiłem się tym, co mnie boli, ale też tym, co w zasięgu ręki. Czytelnicy wybaczą mi, że – jak to już robiłem – mieszać będę świat szpitala z polską rzeczywistością, są zresztą sobie pokrewne.

W domu unikałem oglądania „Wiadomości”, by się nie denerwować, i miałem dłuższą przerwę. W tym szpitalnym domu nie ma TVN, nie mu tu kabla, a jak go nie ma, Kaczyński zdejmuje z anteny wrogi program – tak mi mówią tutejsi. Uderza, jak „Wiadomości” zaangażowane są w sprawę „dobrej zmiany” i jak gorliwy jest ich ton. Nowoczesna, PO i KOD jako siły wrogie Polsce, knujące przeciw niej za granicą. „Wiadomości” ukazują wielkie sukcesy rządu i tworzą poczucie zagrożenia, które płynie z zewnątrz i z wewnątrz kraju. Dużo o armii, która musi sobie postrzelać, by budować ducha walki w narodzie. Wkrótce popłynie szerokim strumieniem spektakl smoleński. Ludzie, którzy są skazani na taki tylko przekaz, żyją w lukrowanej, narodowej fikcji.

Szpital, w którym mieszkam, to zabytek. Czynny jest od roku 1891. Teren pod jego budowę zakupiła w 1882 r. Rada Dobroczynności i Użyteczności Publicznej. Było to 58 ha folwarku Tworki. Pierwszymi dyrektorami byli Rosjanie. Nasza sala ma siedmiu pasażerów. Z pobliskiej sali telewizyjnej wali disco polo na pełny regulator. Próby ściszenia zgiełku budzą agresję. Jak to możliwe, że na oddziale psychiatrycznym nie ma jakichś norm dotyczących hałasu? Leczenie zgiełkiem i tłokiem. Podłoga musi być drewniana, stara, gdyż reaguje całą sobą na każde stąpnięcie. Sąsiad mój łóżkowy – miły, postawny mężczyzna. Ma częste ataki duszności, jakąś tak ostrą postać nerwicy, że nie bardzo może z tym żyć. Jest ze wsi. Budzi się zawsze o godz. 1.30 rano. Jak w domu. Ale w domu kładł się spać o 19. Taki ma nawyk i nie mogą go zmienić nawet środki nasenne. Uważa mnie za mądrego człowieka, skoro piszę książki, może coś poradzę na to jego spanie. Mieszka w pobliżu Janowa Podlaskiego, ma tam gospodarstwo. Człowiek myślący. Ale nigdy nie miał okazji nabyć wiedzy innej niż gospodarska. Wie jednak, że podłoga musi tu być stara, jeszcze carska, ze starodrzewu, dlatego wytrzymała tyle lat. A wiedza społeczna? Ma polityczny mętlik w głowie. Dlatego PiS opowieść o Polsce czerpie z ludu i wzbogaca jego wizje i niepokoje. Dawne i nowe polskie fobie. Że Tusk przyjaźnił się z Merkel i we wszystkim jej ustępował. Że to, że tamto… Kiedy słucham tzw. zwykłych ludzi, czuję, że zaciągnęło się u nas na dłużej. Jest nas, polskiej inteligencji, trochę, ale za mało. To widać nawet po twarzach szpitalnych. Tu jak pacjent inteligent, to prawie na pewno antypisowski.

Źle się czuję, dlatego głosy ptaków brzmią nierealnie, jak nagrane. Sygnał pociągu z bajki dla dzieci, sąsiad łyka herbatę, zgiełk z pokoju telewizyjnego, uczę pasażerów naszego pokoju, by zamykali drzwi. Współczesny człowiek ten śmietnik dźwięków traktuje już jak coś naturalnego. Młodzi naprawdę nie wiedzą, o co mi chodzi. W zakratowanym oknie boli ciepłe światło zachodu.

Wołają na obiad, a ja nic apetytu. Siadam obok dziewczyny, która ma problemy z anoreksją. Nikt nie porusza się po oddziale z taką energią jak ona. Słychać ją już z daleka po zamaszystym szeleście kroków. I nikt nie je z równym apetytem. Ma zawsze pod ręką różne przyprawy, desery… Ale jej szczupłość jest porażająca. Ma więc jakąś swoją tajemnicę z tym jedzeniem.

Dzwoni Marek, poznaliśmy się w szpitalu na Nowowiejskiej, przywieźli go tam po próbie skoku z mostu Poniatowskiego. Teraz jest znowu na Nowowiejskiej po próbie samobójczej – piątej – tym razem pastylki. Mówi: ledwie mnie odratowali. Zdumiewa upór, z jakim niektórych trzyma się życie, wbrew ich woli.

Zapomniałem połknąć proszek nasenny i jestem na nogach o godz. 4 rano. Mój sąsiad już siedzi na łóżku z głową w dłoniach. O czym myśli? O swoim gospodarstwie, które musiał na razie zamknąć? O swojej dziwnej chorobie, która z nagła spada na niego jak drapieżnik i nie pozwala oddychać, a z brzucha robi kocioł z wrzątkiem? A ja, o czym myślę? Dzieci – jak zapewnić im przyszłość. Idę wziąć prysznic… Pusto i czysto. Oddział się budzi krzątaniną ludzkich mrówek. Mało chętnych pod prysznic.

Baudelaire, który pisał: „To życie jest jak szpital, gdzie każdy opętany jest pragnieniem zamiany łóżka. Ten wolałby cierpieć przy piecu, a tamten wierzy, że wyzdrowieje przy oknie. Zawsze wydaje mi się, że będzie mi lepiej tam, gdzie mnie nie ma, i problem tej przeprowadzki jest jedyną sprawą, o której rozmawiam z moją duszą”.

Polska zmierza do autorytaryzmu i izolacji w świecie – piszą byli polscy prezydenci, znani politycy, nawet Ryszard Bugaj. Powstaje jakaś pokraczna dyktatura, mrowiąca się od nieudaczników i miernot. Kompetencje przestały być ważne; to zaczęło się od Platformy, ale teraz przybrało skrajną postać. Jest jakaś materia duchowa tej formacji, widoczna w jej mediach, która powoduje, że ta odmienność jest dla mnie odpychająca. Czekam niecierpliwie, kiedy pojawi się sztuka narodowa. Tu liczę na owocny wkład naszego Kościoła, który ma już swoje dzieła, choćby Licheń. Sztuka kościelna, nie tylko w Polsce, jest wielką porażką Kościoła i religii. Wielkie kiczowisko, a w dalekim tle wielka sztuka oparta na religii z poprzednich epok.

Gdyby wszystkie kraje poszły drogą narodową PiS i z takim myśleniem o świecie, Europa stałaby się zbiorowiskiem skłóconych narodowych organizmów, podobnie jak to było przed dwiema wojnami światowymi. To nadymanie narodowej dumy ma u nas postać wzdęć godnościowych. I ujawnia nasze kompleksy.

Powszechny lęk, jaki budzą elektrowstrząsy, zupełnie mnie nie dotyczy. Wcale się nie boję. Będzie w sumie dziesięć zabiegów, dwa w tygodniu, w sumie pięć tygodni szpitala – jak to przeżyć? Elektrowstrząsy kojarzą się ludziom z torturami, a teraz do tego zabiegu usypia się pacjenta, nie ma mowy o bólu, jest tylko więcej zawracania głowy.

Dostaję jak kiedyś pokój dla dwóch osób, jedyny taki na oddziale. Współlokator z podwarszawskiej miejscowości też ma depresję i elektrowstrząsy. Małomówny na szczęście, a jak mówi, to niewyraźnie. Nasz prysznic w pokoju niewygodny, więc korzystam z publicznego. Przychodzi staruszka, rozbiera się przy mnie i bierze prysznic w wannie obok. Staram się nie dostrzegać jej ciała, fantastycznie zmienionego przez czas. Za półtorej godziny zabieg, czas płynie leniwie ze świergotem ptaków.

I po zabiegu… Nie mogę dojść do siebie, nudności, bóle głowy i mięśni. I smutek bez granic. Dopiero teraz przypominam sobie chwile przed uśpieniem, przypinanie elektrod do głowy… Jakaś jejmość mi przypinała, wydawało mi się, że jest w kuchennym czepeczku, a ja jestem potrawą przygotowywaną na ucztę kanibali.

Nieznośne szuranie i człapanie z korytarza, to pacjenci chodzą tam i z powrotem. Ktoś puka do drzwi, otwieram, szalona twarz jak z gabinetu strachu. Jak to wszystko wytrzymać? Gdy potem na ekranie telewizyjnym widzę oblicze Jarosława Kaczyńskiego, reaguję jakoś podobnie.

Wydanie: 19/2016

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy