Kiedy demokrata nienawidzi demokracji?

Kiedy demokrata nienawidzi demokracji?

Zadając takie pytanie i nie traktując go jako fircykowatego zawijaska, musimy powiedzieć, że sytuacja taka może się zdarzyć i się zdarza. Nie trzeba daleko szukać, sam niekiedy i coraz częściej mam demokracji po dziurki w nosie. Oczywiście nie tej wyśnionej, mojej, upragnionej, spełnionej, która na sztandarze ma wolność, równość, solidarność, która zabiega o słabszych i mniej przebojowych albo wykluczonych uczestników i uczestniczki życia publicznego, politycznego, społecznego. Która jest transparentna, empatyczna, z wyobraźnią. Która mocniej trzyma się reguł równościowych niż rąk i kieszeni sprzymierzeńców. Która w dominacji większościowej nie widzi spełnienia snów o zasłużonej potędze, ale zjawisko społeczne wymagające korekt, pracy i okiełznania. Nie myślę tu o demokracji, która w różnorodnej wielości zawodników/zawodniczek społecznej nierównowagi widzi wartość samą w sobie, i to wartość ważniejszą niż jednorodna, zgodna masa jednej wiary, jednej biedy, jednego wodza, jednego koloru skóry i jednego narzecza.

Problem w tym, że naprzeciw stoi coś jakby pokracznego, zamaskowanego, co wszak moją demokracją nie jest, a mimo to jakąś chyba przecież jest. Dla wielu tą jedyną i wytęsknioną. W mojej jest dla nich miejsce (przynajmniej deklaratywnie), w ich – dla mnie nie bardzo. „Nie może większość chodzić na pasku mniejszości”, powiadają, a od czasu, gdy najbardziej ezoteryczne z elitarnych tołstych żurnali prawicy ponad 20 lat temu wyciągnęły z niepamięci niemieckiego prawnika i filozofa prawa z czasów hitlerowskich Niemiec Carla Schmitta, walą nas obuchem „suwerena” z całą siłą. Zwycięzca bierze wszystko i najchętniej na zawsze albo chociaż na jak najdłużej. I nie pozbywa się bynajmniej instytucji demokratycznych, mówiąc: chcę mieć swoje, autorytarne. Nie, nie, przerabia, przemacerowuje zastane, żeby wciąż niby były, ale jednak były już czymś innym. To przypadek Trybunału Konstytucyjnego, który po zmasakrowaniu przez rządzącą większość przez dwa lata formalnie jest, ale jakby go nie było, nie wchodząc w szczegóły. W sumie kwintesencja demokratyzmu – parlament – też wciąż jest, a tylko pozawieszano na kołkach wiele zwyczajowych reguł, żeby de facto rządzącym nie bruździć.

No ale z drugiej strony jest tak, że nie ma obowiązującego wzorca demokracji, żadne Sèvres nie istnieje, kto więc i dlaczego ma decydować, która demokracja jest lepsza, bardziej demokratyczna, która najlepiej dba o sprawy ludu? Dlaczego oddawać ją w pacht na całe dekady tym samym zgodnym środowiskom, grupom interesów, koteriom, owemu mitycznemu układowi? Problemem, również dzisiejszego napięcia politycznego w Polsce, jest nieuznawanie faktu, że po jednej stronie sporu stoją miłośnicy demokracji, a po drugiej jej nienawistnicy. Dzisiejszy konflikt polsko-polski jest konsekwencją radykalnych zaniedbań konstytucyjnych, której to konstytucji zbyt wiele zapisów i na zbyt długo uległo zahibernowaniu. Nie dla każdego ważne jest to samo w konstytucji, jeśli w ogóle odgrywa ona jakąś rolę w życiu konkretnego obywatela. Można by rzec, że wiele konstruktów formalnych konstytucji kwitło swoją bujnością nieokiełznaną, żeby zabezpieczyć różne społeczne zobowiązania państwa, obowiązki, zadania, role. Ale okazało się, że zabezpieczenia osiągnęły pozornie wysoki stopień zaawansowanego rozwoju i doskonałości, lecz w międzyczasie zapomnieliśmy, czego te ramy strzegą, w imię jakich wartości i zasad wspólnego życia taki model winien być albo niewywracalny, albo trudno wywracalny. I dalej tkwimy w tym klinczu. Po pierwsze, przywróćmy ramy naszej demokracji – mówią pierwsi. Drudzy mówią: są już nowe ramy, świetnie pilnują naszych spraw. A my, na końcu, najcichsi, bez reprezentacji parlamentarnej, chociaż istniejący, myślący i mający do demokracji stosunek nieutylitarny i pragmatyczny wyłącznie, mówimy: określmy najważniejsze problemy i reguły życia społecznego, przywróćmy życie martwym przepisom (mieszkania, darmowa nauka, służba zdrowia), a potem zadbajmy o ich prawno-formalne zabezpieczenie. Zadbajmy o mechanizmy zabezpieczające rzeczywistą równość w traktowaniu wszystkich niezależnie od religii, koloru skóry, tożsamości seksualnej. Zapytajmy, jakiego systemu gospodarczego tu chcemy i dlaczego nie ma to być krwiożerczy neoliberalny kapitalizm, globalny hit lat 80. i 90.

Polska demokracja jest do przemyślenia i demokratycznego opracowania na nowo. Niestety, jesteśmy dzisiaj w stalowym uścisku „ramiarzy” z „suwereniarzami”. Ducha wycisnąć z siebie nie damy albo przynajmniej będziemy długo o tym się zapewniać. Demokracja to zbyt poważna rzecz, żeby oddawać ją politykom. Jednak sami zbyt się do tego przyzwyczailiśmy. Oddawać nam tę demokrację, bo będziemy źli. Już jesteśmy. I nie przestaniemy.

Wydanie: 28/2017

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz
Tagi: demokracja

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy